Gdy myślę o nich, w mojej wyobraźni kształtuje się taki oto obraz: postawni, tędzy mężczyźni o przenikliwych, momentami nieobecnych oczach, ubrani na tyle oryginalnie, by nawet ich własne ego czuło się osamotnione w oryginalności, zataczający się i – podczas rozmowy z innymi ludźmi – bujający w obłokach i chętnie te obłoki przedstawiający.

I byli rzeczywiście tacy, jakie sprawiali wrażenie. Osamotnieni, zbratani z każdą z muz niemal transcendentalnym romansem, wprost z Parnasu (siedziby Apollina) schodzący do polskich spelun i marnych klubów dla artystów (miast na dumnym, pięknym Pegazie – spływali w zaduch knajp na solidnym alkoholowym rauszu). Większość z nich poznała swoje przeznaczenie; i nie było ono złotym wiekiem jesieni życia u boku wnuków, znudzonych kolejną opowieścią dziadka o okolicznościach zdobycia którejś z kolei nagrody literackiej – był to sznur, pasek, obumarła wątroba, stos silnych tabletek uspokajających. To najogólniejszy zarys tych, których nazywa się poetami wyklętymi.

Za pierwszego takiego poetę uznaje się piętnastowiecznego zbójnika – François Villona. Ukończył on paryską uczelnię, otrzymując tytuł magistra, jednak postanowił ostatecznie związać się z grupami przestępczymi ówczesnej Francji. Mimo, że na dźwięk jego nazwiska drżał wówczas cały Paryż, dzisiaj znamy go raczej jako wybitnego rzemieślnika pióra. Choć wcale nie przeszkadza to, by w mojej wyobraźni na zawsze utrwalił się taki obraz Villona, jaki przedstawił Stanisław Grochowiak w wierszu pt. „Chmura”: „Chichotał Wilon z nożem w białych zębach”.

Spore boompoetes maudits przeżywała dziewiętnastowieczna Francja. Warto wspomnieć szczególnie trzech: Charlesa Baudelaire’a, Paula Verlaine’a i Arthura Rimbauda. Historia dwójki ostatnich jest ciekawa. Połączył ich bowiem romans. Tak, wiem, w czasach dzisiejszych jest to coś powszechnego (wstrzymuję się ze słowem: normalnego); wówczas jednak była to sodomia prawnie sankcjonowana. Romans ten zakończył się dość nieszczęśliwie: Verlaine postrzelił młodego Rimbauda w dłoń i trafił za kratki, a dziewiętnastoletni Arthur „złamał pióro” (warto zaznaczyć, że pisał poezję i prozę uznaną za genialną już od szesnastego roku życia), zajął się handlem w Afryce i, zraniwszy się w nogę, zmarł po kilkunastu latach na nowotwór kolana. O tym wszystkim (i jeszcze więcej!) opowiada film Agnieszki Holland pt. „Całkowite zaćmienie” z młodym Leonardo DiCaprio, w roli Arthura Rimbauda.

Polska także może pochwalić się kilkoma naprawdę wybitnymi poetes maudits. Trójkę zdecydowanych faworytów z przyjemnością przybliżę.
Na pierwszy plan wysuwa się Edward Stachura. Z pewnością nazwisko to mówi więcej tym z Was, którzy kiedykolwiek słuchali Starego Dobrego Małżeństwa; Sted (bo tak brzmiała ksywa Stachury) napisał mnóstwo piosenek, do których SDM ułożyło świetne tło muzyczne. Stachura nie tworzył jednak tylko tekstów piosenek – ma na swoim koncie bardzo dużo świetnych, choć trudnych wierszy, a także niemało utworów prozą. Nawiasem mówiąc muszę przyznać, że proza Steda jest lepsza od poezji (i nie jest to tylko moje zdanie). Może dlatego, że jest łatwiejsza i dużo bardziej pouczająca? Zapewne tak. Sted ponoć nie lubił się upijać, a wszystkie swoje wiersze i teksty prozą pisał na trzeźwo. Ponadto znał bardzo dobrze treść wszystkiego, co zdążył napisać – a to jest nie lada wyczyn. Stachura był włóczęgą, zwiedził kilka krajów i niemalże całą Polskę wzdłuż i wszerz. Nigdzie jednak nie znalazł swojego miejsca… Zmarł w wieku 42 lat; samobójstwo poprzez zadzierzgnięcie (coś jak powieszenie się, ale o własnych siłach). Kilka miesięcy przed samobójstwem stracił prawą rękę w wypadku kolejowym; nie zrezygnował jednak z pisania – jak uczynił to Rimbaud. Nauczył się pisać lewą ręką – i właśnie dzięki tej determinacji możemy podziwiać dziennik ostatnich miesięcy jego życia pt. „Pogodzić się ze światem”. Sted jednakże nie zdążył się z nim pogodzić…

Kolejnym po Stachurze godnym wspomnienia poetą jest Rafał Wojaczek, który w historii literatury może uchodzić za „przykład i wzór” dla poetes maudits. Spełnił wszystkie niepisane warunki, by dostać się do tej elity Parnasu ze szramami na szyi i zniszczonymi wątrobami. Praktycznie nie trzeźwiał, urządzał w knajpach regularne awantury, żył tylko światem swojej poezji, cierpiał na zawirowania psychiczne różnego kalibru. Na większości jego zdjęć widzimy wysokiego (mierzył dwa metry) mężczyznę o łagodnej twarzy chłopca, w białej koszuli z luźno zwisającym na kołnierzu czarnym krawatem. Jego twórczość jest na pewno łatwiejsza niż w przypadku Stachury; jest również bardzo oryginalna – zwykle krąży wokół słów: gwałt, kobieta, sperma, limfa, krew i alkohol. Poezja na pewno ciekawa, ale czy sięgająca wysokiego poziomu? Trudno mi obiektywnie ocenić. Rafał Wojaczek zmarł po celowym przedawkowani leków uspokajających, mając za sobą liczne próby samobójcze. Dożył niespełna 26 lat.

Trzecim z tego szeregu poetą, którego chciałbym przybliżyć, jest Andrzej Bursa. Wprawdzie zaliczany w grono polskich poetów wyklętych, jednak w kilku kwestiach – na wyrost. Prowadził w miarę normalne życie, nie upijał się. Zmarł wprawdzie wcześniej niż Wojaczek (miał 25 lat), przez wiele lat jego śmierci towarzyszył mit samobójczy – jednak jest to tylko mit; Bursa cierpiał na wrodzoną wadę aorty, która w każdej chwili mogła zabrać go z powrotem w metafizyczny świat nieistnienia. No, dobra, skoro więc nie spełnił tylu „podstawowych kryteriów”, by zostać jednym z poetes maudits, to czemu, Arturze, wplotłeś go w TRÓJKĘ NAJWYBITNIEJSZYCH polskich poetów wyklętych? Ano, sprawa jest prosta – był nim nie ze względów zewnętrznych (z jakich możemy kwalifikować Wojaczka jako poetę wyklętego), tylko wewnętrznych – we własnej twórczości. Jest ona przesiąknięta niepokojem, absurdem, lękiem, zniewoleniem, pewnym osamotnieniem. W twórczości Bursy czuć jego przekleństwo – nieubłaganie nadciągającą śmierć. A przy tym jest łatwa, ciekawa, bogata, przesycona humorem, pouczająca i momentami zabawnie lub przerażająco absurdalna. Niestety Bursa nie zdążył w pełni popisać się swoim talentem – choroba zabrała go zdecydowanie za szybko…

Rzeczywistość Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej wychowała jeszcze kilku poetów wyklętych. Warto wspomnieć o takich osobach, jak Kazimierz Ratoń, Ryszard Milczewski-Bruno (przyjaciel Stachury, którego ten unieśmiertelnił w legendarnej już piosence „Nie rozdziobią nas kruki ni wrony”), Halina Poświatowska (tak – kobiety również mają niezwykły dar do opisywania niepokojów duszy; twórczość Poświatowskiej jest nie mniej godna uwagi), czy wspomniany przeze mnie wcześniej Stanisław Grochowiak.

Poezja tych ludzi jest czymś więcej, niż tylko naprędce skleconym wierszykiem. To na przemian krzyk, szał, szept, rozpacz, uśmiech, płacz – i wreszcie kosa śmierci. By uniknąć zarzutu gołosłowności – daję kilka przykładów wierszy wspomnianych wyżej poetów; w przypadku Stachury – piosenkę, wykonaną przez Stare Dobre Małżeństwo. Życzę wielu emocji w lekturze przeklętej poezji. Dziękuję za uwagę i – do zobaczenia!

– Stare Dobre Małżeństwo – „Kim właściwie była ta piękna pani…”


– Rafał Wojaczek – „Kochanka powieszonego” – link 

– Rafał Wojaczek – „Mit rodzinny” – link

– Andrzej Bursa – „Zażalenie” – link

– Andrzej Bursa – „Funkcja poezji” – link

– Stanisław Grochowiak – „Chmura” – link

– Stanisław Grochowiak – „Franz Kafka” – link

Artur Żołądź