Chwilowe upojenie chmielem w tym towarzystwie ukoiło na jakiś czas moje zszargane wówczas myśli. Jak to pisał mistrz Bukowski – piwo to wieczna krew, wieczna kochanka. Raz po raz Skrzetuski rzucał na mnie podejrzliwe spojrzenie. Lecz prawie natychmiast odwracał wzrok w stronę niebywale rozpromienionego wypadem Burego. Skakał on od pijaczka do pijaczka, od dziewczyny do dziewczyny; z barmanem był już za pan brat. Bawiło to wielce naszego obecnego darczyńcę, a jednocześnie moja obecność musiała go drażnić.

Szafa grająca tuż przy stole bilardowym zaczęła grać jedną z tych starych, niebywałych piosenek Perfektu, przy których dawniej niejeden lowelas zapłakał, starając się gitarowym akordem zdobyć serce ukochanej, a teraz były one stałymi nutami, wędrującymi między ścianami barów.

– NIE PŁACZ EWKA, BO TU MIEJSCA BRAK NA TWE BABSKIE ŁZY. – kilka pijaczków głośno intonowało, zagłuszając młody głos Markowskiego z szafy grającej; do następnego wersu przyłączył się do nich i nasz Bury: – PO ULICY MIŁOŚĆ HULA WIATR WŚRÓD ROZBITYCH SZYB…

I nagle żądło szerszenia w sercu zabolało.

– Już nie mogę. – rzekłem, upiwszy resztkę ostatniego kufla.

– Już?! – ryknął nieco już pijany Fred. – Ledwie czwartego wypiłeś. Nie ma miejsca na wątrobie?

– Nie o to chodzi. – i faktycznie – to nie był powód, utrzymałbym i dziesiątego… Ale sami wiecie – pijak z uczuciem jest jak polityk bez kasy – zrobi wszystko by ją zdobyć. – Dawno nie spałem, jestem śpiący.

– Idź do mnie. Prześpij się. – rzekł cicho Skrzetuski, rzuciwszy na mnie niepewne swych słów spojrzenie. – Tam będzie Lota. Idź już. Wiesz jak dojść?

– Dam sobie radę. I dziękuję za wszystko.

– Drobiazg. Do zobaczenia w domu.

Wyszedłem z baru. Gdym wychodził, dobiegł mnie jeszcze chór pijaczków na czele z Burym, śpiewający początek drugiej zwrotki: – PROZA ŻYCIA TO PRZYJAŹNI KAT, PĘKA CIENKA NIĆ. TELEWIZOR, MEBLE, MAŁY FIAT – OTO MARZEŃ SZCZYT.

Pszczyńska noc wyglądała naprawdę cudownie. Śnieg odbijał się pomarańczowym odcieniem latarń na spowitym chmurami niebie. Stawy w parku były skute lodem. Po krótkiej podróży dotarłem do obskurnej kamienicy Skrzetuskiego, wbiegłem na piętro i zapukałem. Po chwili dziewczyna otworzyła.

– A, to ty. Wejdź. – rzekła Lota, spostrzegłszy mnie pukającego, po czym odwróciła się w stronę salonu i odeszła. Ja tymczasem wszedłem do przedpokoju i zamknąłem za sobą drzwi, rozebrałem się i wszedłem do salonu.

Usiadłem na krześle przy stole, naprzeciw niej. Spoglądała się wszędzie, tylko nie na mnie, podczas gdy ja napawałem się jej aparycją.

– Tak właściwie… – rzekła w końcu. – Jak się nazywasz?

Nie odpowiedziałem. Przytaknęła.

– To może powiesz mi… Skąd wziąłeś się w tej paczce? Freda znam od kilku lat, Bury to jego przyjaciel z Cieszyna, to wiem, Rekuć i Kokosiński to towarzysze Burego. A ty?

– Poznałem ich w Cieszynie. Parę dni temu.

– Jesteś z Cieszyna?

– Nie. Przyjechałem tam przypadkowo. I przypadkowo poznałem tą ferajnę, gdy Bury chciał mnie pobić za wyimaginowaną wędkę…  – rzekłem cicho, a widząc zdziwiony wyraz na twarzy Loty, dodałem: – Długa historia.

– Skąd wziąłeś się w Cieszynie?

– Chciałem uciec… Po prostu straciłem już wszystkich, na których mi zależało, a cała reszta nienawidzi mnie za to, jaki jestem. Nie miałem długo dziewczyny, jedyną satysfakcję sprawiało mi picie z losowo poznanymi ludźmi. Postanowiłem więc uciec. Już wtedy czułem niebywałą tęsknotę wobec tamtych ludzi. Ale musiałem… Zarobiłem kilka złotych i wsiadłem w pierwszy lepszy autobus – kompletnie pijany.

– Ciężkie życie masz…

– Raczej ciężki charakter. Odpycham ludzi i to mnie boli. Bo jednocześnie – potrzebuję ludzi… Ale już się nagadałem za dużo – zmęczony jestem, nie wyspałem się porządnie od kilku dni… – rzekłem, po czym wstałem, przetarłszy twarz. Poszedłem w stronę przedpokoju i nagle poczułem, jak Lota obejmuje moje biodra i zbliża subtelnie do siebie. I wtedy poczułem jej wargi na swoich ustach. I długo tkwiłem w błogim zapomnieniu, całując się z tą cudowną istotą…

… Aż dopóki przede mną nie stanął Skrzetuski.

  część I/część II/część III/część IV/część V/ część VI/ część VII/część VIII/część IX /część X / część XI/część XII / część XIII

Artur Żołądź