Nigdzie nie pasowaliśmy. Bywaliśmy odmieńcami wśród ludzi tej samej krwi, tego samego serca, pojęcia, duszy, Boga. Byliśmy jedni i ci sami, będąc odmienieni przez los, byt i społeczeństwo. Nie znaczyliśmy nic dla któregokolwiek z ludzi, których mijaliśmy, spotykaliśmy wzrokiem, czy po prostu widywaliśmy w dalekiej oddali. Oni byli jakoby z innego, znacznie bardziej uprzywilejowanego gatunku ludzkości. My byliśmy – po prostu sobą bez ogłady i pół ton liczącego tuszu miłości, akceptacji czy ambicji.

Śnieg za oknem autobusu nie ustępował, a ja tymczasem radowałem się tą cudowną chwilą ciepła i braku moru głodowego, który doskwierał mi w takich momentach. Przerażony naszą obecnością kierowca jechał coraz szybciej nie bacząc na warunku nawierzchni.

– NASTĘPNY PRZYSTANEK: HOTEL PREZYDENT. – oznajmił nam tajemniczy, kobiecy głos graniczący z gamą orgazmu, wymieniający przystanki tegoż autobusu, którym pędziliśmy na Szyndzielnię.

Z uwagą wpatrywałem się w centrum Bielska, które mijaliśmy z wolna. Niewiele widziałem zza tej zupy śniegu, otaczającej miasto. Jedynie pojedyncze sylwetki, pomniejsze kontury kamienic, z dala widzieliśmy kilka kościelnych wież. To nie mogła być ta potęga Bielska, wokół której legendy się wychowałem.

– HOTEL PREZYDENT. – rzekła autobusowa kobietka, a do wewnątrz wpełzło kilku ludzi, otorbionych i zgarbionych, afiszujących miejską brzydotę. Wraz z nimi wnętrze autobusu ogarnął mróz, a lite płaty śniegu zjednały się w całość po całej podłodze.

Pewna stara kobiecina ledwo przebiła się przez cyniczny tłum, nie dostrzegający jej w ferworze własnego życia. Trzęsącymi się, przymarszczonymi dłońmi starała się skierować bilet w malutkie, ledwie dostrzegalne luki w kasowniku. Bezskutecznie.

Ów słodki kobiecy głosik zdążył już oznajmić nazwę kolejnego przystanku, a staruszka w okularach o grubych szkłach jeszcze nie skasowała swojego biletu. I nagle wstał ten sentymentalista – Fred – przebił się z młodzieńczą siłą przez tłum swych rówieśników i stanął tuż przy kobiecinie.

– Pomogę pani… – rzekł, po czym delikatnie przejął z jej starczych, drżących rąk bilet i umieścił w luce w kasowniku dlań przeznaczonej. Chwilę odczekał po tym, jak kasownik wydał swój charakterystyczny dźwięk, po czym oddał bilet subtelnym ruchem starszej pani, a następnie uchwycił delikatnie za dłoń i przeprowadził przez ów cyniczny tłum w naszą stronę, pomagając jej usadowić się na swoim własnym dotychczas miejscu. Staruszka usiadła, a Fred, któremu oczy poczęły się świecić jak knot świecy.

– Cały Fred… – szepnął w moją stronę Rekuć. – Nic dla siebie, jest świadomy, że w swym wygnaniu – nie jest sam pośród ludzi…

– NASTĘPNY PRZYSTANEK: PLAC MICKIEWICZA. – oznajmił kobiecy głos.

Mickiewicz, to wszystko przez niego…

W autobusie zapanowała specyficzna cisza. Autobus przystanął, a ja na chwilę zdołałem dostrzec przebijające się światło słońca, okalające widoczną w oddali Szyndzielnię.

Powoli mijaliśmy już centrum tego legendarnego miasta, plac Chrobrego, tak ważny dla mnie, znajdował się już za moimi plecami. W sytuacji, gdy wiem, jak przeżyję następne pięć minut, nie mam czasu na głębsze sentymenty. Jednak nie mogłem oprzeć się wspomnieniom.

– PLAC MICKIEWICZA. – oznajmił głos, a kierowca – wjechawszy w zatoczkę, otworzył drzwi i począł wpuszczać pasażerów.

Tym razem do środka wchodzili nieco młodsi, ci ponoć wychowani przez ulicę, którzy nawet nie wiedzą jak to jest ucztować przy suchym chlebie i, przy odrobinie szczęścia – znajdować butelkę napełnioną piwem, nie moczem.

I ci młodzi, schludnie ubrani miastowi bez skazy, nie naznaczeni nawet trudem życia który trzeba znieść z pokorą i uwielbieniem, stanęli obok nas. Nie zwracaliśmy na nich głębszej uwagi.

Za to oni zwrócili ją na nas…

– EJ, KMIŃ! – ryknął jeden z tej grupki. –       TEN TYPEK MA BLUZĘ Z PODBESKIDZIA!

– DAWAJ TO, PODPIŹDZIAKU!!! – wrzasnął kolejny, uskoczywszy do Freda wraz z jednym ze swoich kumpli i trzepnął Freda w mordę.

Naturalnie – wszyscy wstaliśmy i podskoczyliśmy do tych dzieci. Nie mogliśmy zostawić Freda bez pomocy. Ale było ich zdecydowanie za dużo.

Autobus zatrzymał się na światłach, a my skorzystaliśmy z okazji.

– Bury, otwieraj!!! – ryknął Kokosiński, odrzuciwszy jednego z „wychowanków ulicy” na podłogę. Tymczasem Bury – wciąż jeszcze osowiały i raczej wątpliwego potencjału produktywnego, wstał i przekręcił zawór wyjścia bezpieczeństwa we właściwą stronę, po czym pchnął mocno tylne drzwi autobusu, wpuszczając do środka chłodne powietrze.

– WYŁAZIMY!!! – ryknął Fred, plujący krwią na wszelkie strony świata.

Zgodnie z jego poleceniem opuściliśmy autobus, wpadliśmy w głęboką śnieżycę, wciąż jeszcze trzymaliśmy za pazuchą piwa. Wciąż jeszcze przed nami widniał cień Szyndzielni. Wokół nie było żadnego budynku, jedynie ludzkie sylwetki pojawiające się zza śnieżnej mgły. I pokrzykiwania wrogo nam nastawionych przyjaciół z Bielska-Białej…

cześć I/część II/część III/część IV/część V/ część VI

Artur Żołądź