Odwilż zniknęła tak szybko jak się pojawiła – przybyła śnieżyca, z dawna zapowiadania, i zasypała bielskie góry. Naturalnie zima ponownie zaskoczyła kierowców. Tym przecież, że trwa. Śnieg sparaliżował ruch drogowy.

Siedzieliśmy w jakimś małym barze nie opodal dworca PKP. Słyszeliśmy każdy przejeżdżający pociąg. Stukot kół starych wagonów i siła lokomotyw podrzucały z lekka ów mini bar. Słyszeliśmy niemal każdą zmianę zwrotnicy czy ułożenia nawrotników w przestarzałych lokomotywach słowiańskiej produkcji. Siedzieliśmy i spoglądaliśmy na spowite śnieżną zupą Bielsko.

Siedzieliśmy… bo nic innego zrobić nie mogliśmy.

Było nas sześciu. Freda i Burego-Wędkarza już znacie. A ja zdążyłem poznać dwóch pozostałych. Nazywali ich Kokosiński i Rekuć. I coś mi to mówiło…

Ułożyliśmy się przy jednym stole, barmanka zza lady puszczała jakieś przynudzają ce rekwia – takie, jakie puszcza się oczekującym rozmowy telefonicznej. Kokosiński i Rekuć uzupełnili swoją obecność, uprzednio wziąwszy dwa wolne krzesła z opustoszałego stolika. Bury spoczywał na oparciu swojego siedzenia. Twarz wykrzywiła mu się na wzór grymasu po udarze mózgu. Bandaż przesiąknął już do cna jego krwią.

– Macie. – rzekł Fred, po czym wręczył jedną paczkę frytek Rekuciowi, drugą zaś mi. – Przypuszczam, że i wy jesteście głodni, na nic więcej mnie nie stać. Najemy się tymi frytkami i pomyślimy co robić.

Rekuć dzielił się frytkami z Kokosińskim, a ja z pół przytomnym Wędkarzem. Fred siedział wpatrzony w pusty kufel piwa, stojący na stole obok.

Ten sentymentalista Fred wreszcie jednak odzyskał kurtkę. Wprawdziwe ciągle była przesycona smrodem Burych wymiocin (mimo, że zawzięcie czyściliśmy ją w kiblu w poczekalni), ważne jednak, że była… A była już nieco opróżniona, Fred trzymał w niej swoje pieniądze, w kieszeniach dżinsów zostało mu tylko kilka drobnych.

– Na trzeźwo nie ma myślenia. – rzekł Rekuć, znęcając się nad jakąś frytką jak w klubie dla miłośników sado-maso. – Wyciągnijmy z kieszeni wszystkie swoje pieniądze, znajdziemy może na kilka piw…

Każdy z nas wyciągnął tyle ile miał, solidaryzując się z kumplami. Nikt nie ukrywał ani grosza. W tak ekstremalnych sytuacjach i w tak ekstremalnej bandzie wygrywa tylko równość i wspólnota.

Pieniędzy mieliśmy wystarczająco na więcej niż pół litra piwa na łeb. To nas uradowało i ocaliło.

– Ruszmy się. – rzekł Fred. – Pójdziemy do tego monopolowego, który odwiedziliśmy dzisiejszej nocy…

– Fred… – odezwał się Bury, mówił ochrypłym głosem, ledwie artykułował litery. – Wali od ciebie rzygami… zaraz nie wytrzymam…

– Bury ma rację. – powiedziałem. – W nocy opierdoliliśmy jednego z tych frajerów z bluzy. Załóż ją, a tą kurtawę – wywal.

Fred spojrzał się na mnie i nieomalże zjadł mnie wzrokiem. Naturalnie nie chciał się pozbywać swojej kurtki, bo „sentyment”… Całkiem o tym zapomniałem. Jednakże dla dobra grupy postanowił coś z nią zrobić.

Wyszedł z baru i podbiegł na dworzec. Tam napotkał jakiegoś bezdomnego. Chwilę z nim rozmawiał, kiwał głową, wreszcie dał mu kurtkę. Bezdomny zaczął grzebać po kieszeniach swoich spodni, lecz Fred powstrzymał go dłonią. Wreszcie pozwolił bezdomnemu wyciągnąć z kieszeni kilka drobnych, wciąż kiwając przecząco głową, przyjął pieniądze niechętnie i powrócił do nas.

– Masz. – rzekł Rekuć i dał Fredowi bluzę. Ten założył ją bez większych chęci.

Cała była szara, a w centralnym miejscu przedstawiała herb Podbeskidzia Bielsko-Biała. Miałem co do tego ogromne wątpliwości…

Zebraliśmy forsę ze stołu, Bury zdołał wstać o własnych siłach. Nim wszyscy zdążyli się przebrać, ja spoglądałem na jedną z wielu tysięcy błyskotliwych akcji policji. Przez mgłę śnieżycy widziałem, jak na dworzec podjeżdża pociąg, ciągnący kilka brudnych kuszetek, a grupa policjantów otwiera drzwi, gdzie przejmują od konduktora jakiegoś ćpuna w samych kapciach i bezrękawniku i wymeldowują go z wagonu, po czym wsadzają go do lodówy, stojącej pod kładką, czekającej na nowego klienta.

Wyszliśmy z baru i poszliśmy w stronę kładki. Było zimno, trzymałem więc ręce głęboko w kieszeniach. Niewiele widziałem zza tej białej zupy. Zaczęliśmy wbiegać na kładkę, gliniarze już meldowali Ćpuna z Ciepłych Krajów do lodówy.

– WĘDKA, WĘDKA, WĘDKA! – wrzeszczał ćpun, włażąc do radiowozu. Uświadomiłem sobie, że niektóre produkty łączą ludzi, i spoglądnąłem na Wędkarza-Burego.

Przebyliśmy kładką drogę, która robiła tej nocy za ring. Po chwili znaleźliśmy się pod monopolowym. Zrobiliśmy szybciutkie zakupy, wystarczyło alkoholu na dwa piwa na łeb.

– Mam dosyć szerszych spin z kimkolwiek. – rzekł Kokosiński. – Wypijmy te browary gdzieś, gdzie nie skłócimy się z psami. To miasto jest przez gliny lepiej strzeżone niż Fort Knox.

Zgodziliśmy się z Kokosińskim i poszliśmy przed siebie.

– Patrzcie! – ryknął Rekuć, wskazując na nadjeżdżający na zatoczkę przystanku autobus. – Ósemka na Szyndzielnię… Chodźcie, zażyjemy trochę świeżego powietrza!

Przytaknęliśmy i puściliśmy się biegiem na autobus. A że kierowca był raczej skurwielem i wyruszył wprzód widząc, jak biegniemy, wyszliśmy na ulicę i zmusiliśmy zarozumialca do hamowania.

Fred kopniakiem rozwarł drzwi, kierowca zdjął swoje ekskluzywne, ciemne okulary i przyglądał się ze zdziwieniem jak meldujemy się do busa.

– Za ten numer, frajerze, podjedziemy sobie z tobą na Szyndzielnię za friko, czaisz?! – ryknął na cały głos Fred, wymachując palcem prawej dłoni przed twarzą przerażonego kierowcy.

Nie było odmowy.

Zajęliśmy miejsce gdzieś z tyłu i czekaliśmy, aż przed naszymi oczami wzniesie się Szyndzielnia…

cześć I/część II/część III/część IV/część V

Artur Żołądź