Gdyby nie podwyższona adrenalina spowodowana całą zaistniałą sytuacją,  bez wątpienia podziwiałbym teraz te śliczne Bielsko w godzinie jego snu, otoczone zewsząd nocą. A tymczasem łapałem powietrze ostrej odwilży, by płuca nie wystrzeliły gdzieś ponad widoczną w oddali Szyndzielnię. Moje skronie reagowały na pomarańczowe światło latarń świdrującym bólem. Słyszałem tylko pokrzykiwania naszych, przeplatające się z rykami bielskich górali.

Gdy byliśmy już na drodze, przecinającej oba dworce, Fred (który puścił już dawno przegub mojej ręki) obrócił się na pięcie. Ten manewr wykonała reszta załogi, następnie ja, i zauważyłem, że Bury leży na asfalcie, a obok niego – jeden z tych, którzy go musieli z poczekalni wytaszczyć.

Nie było wyjścia. Na samym środku drogi rozgorzała bijatyka…

Podbiegłem do Burego, by chronić go przed ewentualnymi ciosami. I jako pierwszy mój zamiar miał zniweczyć stary znajomy z poczekalni, którego jeszcze kilka godzin temu pomagałem z niej wynosić. Już leciała w moją stronę solidna jego piącha. W odpowiednim jednak momencie podniosłem gardę i siła ciosu poszła w żyły mojej ręki. Wykorzystałem moment jego bezruchu po nieudanym uderzeniu i chciałem go szybciutko i bezproblemowo skosić w czuły jego zapewne punkt – wątrobę. Ale przeceniłem z kolei swój zbiorniczek etanolu i nie wyszło to tak szybko jakby sobie tego życzył. Znajomy ocenił sytuację, zrobił unik w postaci zastawienia trajektorii lotu mojej pięści swoimi dłońmi, pochwycił ją i trzymał solidnie. Rychło puścił prawą dłoń, którą zgarbił w piąchę i przysunął mi mocno w podbródek. Trochę odleciało mi się do tyłu, po czym przewróciłem się o Burego. Oj, będzie mi również i to wypominał z rozbitą Finlandią…

Póki nie wstałem, mojego rywala zajmował przez jakiś czas Fred. Gdy jednak znalazł się przeciwnik i dla niego, ponownie podbiegłem do znajomego, czując we krwi niepomiernie wysoką chęć odwetu za krzywdę moją i Burego. Przyłoiłem mu w ten jego podbeskidzki łeb tak, że nie zdołał wyartykułować dostatecznie dźwięcznej „kurwy”, gdy z dziąseł wydostało się kilka jego zębów.

Wykorzystałem chwilę jego słabości i raz jeszcze wymierzyłem mu cios w wątrobę. Poskutkowało. I przyjacielowi odechciało się bić.. Tak mi się zdaje, skulił się bowiem jak bobasek mamrocząc coś o moich rodzicach niemalże bezdźwięcznie.

Przyjaciel nie zdążył dostatecznie skulić się a także wypowiedzieć czegoś o moim pradziadku (skoro tak ślicznie i chronologiczne zaczął od mojej rodziny po kądzieli), a do mnie podskoczył jakiś dryblas. Zrozumiałem, że ciężko będzie mu wymierzyć cios w twarz, którą trzymał zadartą wysoko ponad linią działania moich pięści. Toteż niby mały szczeniaczek uskakiwałem u jego nóg, trzymając gardę i czekając na ewentualne uderzenie. Gdy dryblas już się do cios przymierzał, a ja – jak bramkarz intuicyjnie – szykowałem gardę tam, gdzie spodziewałem się uderzenia – olbrzym oberwał potężną płytą brukową w plecy, wydał z siebie nieprzyjemny skowyt i – pod niutonami ciosu – upadł na asfalt.

– Masz! – krzyknął zza moich pleców ten, który klęczał przy Burym, obrócił moim korpusem w swoją stronę i wręczył mi źle zwinięty, pokrwawiony bandaż. – Spróbuj go opatrzyć! – rzekł wskazując na Wędkarza, który stale leżał na drodze, oświetlony reflektorami wycofującego auta. – Ja zajmę się frajerami!

Uklęknąłem przy Burym, rozłożyłem nieudolnie zwinięty kłębek bandaża poplamiwszy sobie ręce krwią Wędkarza. Zawsze uwielbiałem ten rdzawy zapach hemoglobiny, lecz teraz jakoś nie uśmiechało mi się rozmyślać nad istotą egzystencji krwi…

Przypuszczam, że pod względem opatrywania ludzi bandażami nie odstępowałem od grupy. W moich ciężkich wspomnieniach starałem się znaleźć chociaż fragment tego, jak uczyłem się bandażowania. Nic z tego… Ach! co tam! Chwyciłem łeb Wędkarza wysoko, zasyczał z bólu. Nie sądziłem, że mam tak zręczne ręce. Po chwili bowiem Wędkarz miał już obandażowany czerep, i bijatyka wówczas ustała. Spojrzałem się za siebie i zauważyłem leżących i majaczących kibiców Podbeskidzia.

– Pomóż nam ich przenieść chociaż na chodnik! – rzekł Fred. – Niech nie leżą na asfalcie… bo jeszcze tyłki im się przeziębią.

Któryś z moich jeszcze mi nieznanych znajomych chwycił obandażowanego już Burego i przeniósł jego wpół żywe zwłoki na chodnik od strony dworca PKP. Mi przypadła rola przenoszenia dryblasa, który specjalnie skory do wyprowadzki nie był.

– Niech tu leżą… – wysapał zmęczony przenosinami jakiegoś spaślaka Fred. – Z rana zgarnie ich straż miejska czy cokolwiek w tym rodzaju i do izby wytrzeźwień poślą…

– Tymczasem przydałoby się ogarnąć Burego… – rzekłem wskazując na leżącego Wędkarza.

– Zaprowadźcie go na dworzec PKP… – odparł Fred. – Tymczasem… KU*WA!!! – ryknął niespokojnie, uderzając się wierzchem dłoni o swoje uda i korpus. – ZOSTAWIŁEM KURTAWĘ W POCZEKALNI!!!

 

Artur Żołądź