Tam, w oddali, ekipa znanych mi z Czeskiego Cieszyna przyjaciół Wędkarza dalej starała się go ocucić. Słyszałem tylko pojedyncze „kurwy wasze macie” czy wymowne chęci współżycia z losowo wybraną partnerką, gdy Fred zerkał mi głęboko w oczy swoim nieciekawym, troszkę agresywnym spojrzeniem upitego. Nie wiem czemu, ale rychło zyskał pewien punkt mojego zaufania.

– Więc słuchaj. – rzekł wreszcie. – Z racji, że drzemie w tobie dobre serduszko, postanowiłeś pomóc nam w opiece nad Burym (tak Fred nazwał bowiem Wędkarza). Oczywiście nowa znajomość nie mogła pozostać nieochrzczona, więc kupiliśmy trochę czeskiego piwa. (I wszystko już teraz zrozumiałem). Szybko wypiliśmy, Bury wykaraskał się z problemu, policja mijała nas jakby stchórzyli – i wtedy wzięliśmy się za coś bardziej czeskiego… MOCNIEJSZEGO. Widać było, że to raczej twój „pierwszy raz”, że pod względem „tych spraw” – straciłeś wówczas dziewictwo… (zawiesił się na chwilę, wsłuchiwał kilka niemiłych słów Wędkarza-Burego, skierowanych pod adresem kibiców Podbeskidzia, obrócił się w stronę okaflowanej ściany, zbrudzonej Wędkarską krwią jakby chciał coś powiedzieć w stronę ekipy pomocników, i ponownie spojrzał na mnie, wyciągnął zza pazuchy swoją butelkę wódki i obdarował mnie jej słodkim posmakiem, który chłonąłem chętnie, jak gdybym pijał wodę bądź piwo na kacu, i wszystko, co upiłem, natychmiast zwróciłem w przeciwną do Freda stronę, w treści mojego żołądka znalazłem kilka „produktów” których sobie nie przypominałem…). Udaliśmy się na polską stronę Cieszyna, bez problemu mijaliśmy komisariat Czechów, którzy nawet nas nie spostrzegli, mimo naszego wątpliwego stanu. Gdy tylko przekroczyliśmy Olzę, spotkaliśmy kilku polskich policjantów, wrzeszczących coś w naszą stronę o ekstradycji. Nie mieliśmy większych zamiarów wtrącać się w spinę z nimi, chociaż mieli niebywałą ochotę nas dorwać. Chłopie, nie wiedziałem, że z ciebie taki biegacz! W przeciągu krótkich chwil, mając za sobą ogon w postaci kilkunastu policjantów, dobiegliśmy na dworzec PKP. Traf chciał, że natrafiliśmy się na pociąg, jadący do Bielska, szybkim susem wskoczyliśmy do ostatniego wagonu i spoglądaliśmy na wrzeszczących ciągle o ekstradycji policjantów, którzy stali na torach daleko za czerwoną latarnią pociągu. I tak jechaliśmy, i jechaliśmy, konduktorzy nie mieli nawet odwagi spojrzeć na nas, ciągle tankowaliśmy, i wreszcie dojechaliśmy do Bielska. Już powoli zaczynał się zmrok, gdy wybiegliśmy radośnie z pociągu na dworcu i kilkoma susami przebiegliśmy ulicę, powstrzymując ruch drogowy na moment i – zrobiwszy zakupy – wparowaliśmy tu, na poczekalnię dworca autobusowego – i urządziliśmy małą imprezkę… To chyba wszystko, resztę już powinieneś pamiętać. Idziemy pomóc ogarnąć Burego? – spytał i wskazał w stronę ocucających Wędkarza mężczyzn.

Te jego oczy – ciemne punkciki poniżej linii brwi – błyskały się ciągle jednym i tym samym odbiciem. Ten – nazwany Fredem – chłoptaś, jakiż to był sentymentalista! Zdawało mi się, że obserwuje z jednaką lubością wszystkie te kafle, wszystkie na wpół rozbite szyby, cały ten zapach moczu zwraca mu sentymentami wspomnienia – wraca do ludzi, których poznał, lub szczególnie nawet nie znał albo i nie chciał znać – lecz którzy byli z nim, tej konkretnej równie sentymentalnej daty… Więc jednak przywiązanie do człowieka czyni paradoksalnie większych outsiderów i exulów w tym społeczeństwie cynicznych potworków, dla których pieniądz i stabilizacja stanowi cel życia… Jakże się cieszę, że nie dane mi jest należeć do tego plemienia cywilizowanego rosołu ludzkich móżdżków, jakże się cieszę, że wypędzili mnie z dala od swoich szeregów bym związał się w tą sektę sentymentalistów.

Wstaliśmy z trudem, krok po kroku wymieniając się pustoszejącą już prawie butelką i podeszliśmy do siedzącego już na pośladkach Burego-Wędkarza. Tarmosił skrwawioną dłonią równie pokrwawione włosy, na ustach kształtował mu się grymas, przedstawiający niepokój.

– ROZBIŁEŚ MOJĄ BUTELKĘ FINLANDII, STURBA TWOJA MAĆ…

– Chłopie! – ryknął Fred. – W tym momencie oprócz flaszki masz rozbity ten swój pusty łeb… – podszedł do niego z butelką i schylił się. – Masz! Pij! Dobrze ci?

Bury-Wędkarza przyssał się do butelki i pił z niej wódkę niczym niemowlę mleko z buteleczki. Po chwili jednak troszkę mu się ulało, a zawartość jego żołądka wylądowała na stylowej kurtawie Freda, który nieszczególnie się tym wzruszył, nawet nie przeklnął. Zdjął kurtkę, powiesił na klamce okna.

– Jak otrzeźwiejesz – wymyjesz. – rzekł. – Tymczasem…

– JA CHCĘ SWOJEJ FINLANDII!!!

– SĄ TU JESZCZE !!! – usłyszeliśmy z oddali, a zaraz po chwili drzwi oszklone otworzyły się z hukiem tak ogromnym, że pękła górna część szyby. Do środka wparowało nowe towarzystwo, owinięte po podbródki szalikami Podbeskidzia.

Nim się obejrzałem, nasza ekipa już wstała, dwójka nieznanych mi jeszcze bliżej mężczyzn podniosła już majaczącego o swojej rozbitej Finlandii Burego-Wędkarza.

– RUSZAJ SIĘ!!! – krzyknął do mnie Fred nim zdążyłem się zorientować i już byłem w ruchu, trzymany przez dłoń Freda za przegub mojej ręki.

Biegliśmy w drugą stronę, za sobą ciągle czułem oddech któregoś z kibiców miejscowego Ekstraklasowego klubu. Poczułem, jak coś spływa mi z karku, drogą kręgosłupa, a z konsystencji tej cieczy wywnioskowałem, że mogła to być ślina. Wolną ręką wydobyłem z tylnej kieszeni chusteczkę jednorazową i przetarłem sobie tył karku. To nie była ślina – to była krew.

Zbiegliśmy na dół po marmurowych schodach i stanęliśmy przed kolejnymi oszklonymi drzwiami. Fred puścił przegub mojej ręki i otworzył drzwi mocnym kopniakiem. Znów uderzyła we mnie noc i jej cudowny chłód. I byliśmy już na zewnątrz – w Bielsku.

 

cześć I/część II/część III

Artur Żołądź