– PODDD! … BESSS! … KIIIDZIEEE!!!

Usłyszałem w oddali zza zamkniętego pomieszczenia i świadomość wróciła. „Jeżeli nie potraficie pić, frajerzy – pomyślałem – to po cholerę się za to chwytacie, mięczaki…”. Z wolna odzyskiwałem czucie w poszczególnych miejscach ciała i odczułem dziwną euforię, jakby przypływ nienaturalnej adrenaliny, krążącej w moim organizmie, drażniącej każdą żyłę z osobna, wrzeszczącej niemiłosiernie po każdym neuronie mojego – nie wiem dlaczego – tak bardzo zmarnowanego ciała. Otworzyłem ścierpnięte oczy i jeszcze chwile musiałem przyzwyczajać się do mroku śmierdzącego moczem i meliną nieznanego mi pomieszczenia.

– BYEEELSCHOOO!… BYAAAŁAAA!!!

Usłyszałem wnet skrzypnięcie drzwi, cudowny chłód nocy skąpał moje przegnite ciało, i usłyszałem wrzask dobiegający z miejsca nie opodal mojego prawego ramienia.

– ZAMKNIJ RYJ, PODPIŹDZIAKU!!! – po czym właściciel głosu amatora-piwożłopa posłusznie wykonał rozkaz równie nietrzeźwego mężczyzny.

Wciąż bez głębszej świadomości gdzie mogę się podziewać, zrozumiałem, że leżę na jakichś popękanych, plastikowych siedzeniach, od których bezlitośnie zajeżdża moczem. Obróciłem z trudem swoje ciało, poczułem jakieś delikatne muśnięcie na moim ramieniu, które zniknęło momentalnie, a która zastąpił nagły brzęk rozbijanego szkła. „O, kurwa” 0 czyli standardowa reakcja obronna na taki przerażający odgłos. Spojrzałem w miejsce, z którego – wedle moich obliczeń orientacyjnych – wydobył się głos, upraszający o ciszę. I na tle wielkich oszklonych drzwi, gdzie noc tliła się w pełni, ujrzałem wpatrującą się we mnie parę oczu, znajomych oczu. Ich przerażenie, płynące z oddalonych źrenic, budziło we mnie niepokój.

– COŚ TY NAROBIŁ?! – ryknął ów znany mi już Wędkarz. – ROZBIŁEŚ MOJĄ BUTELKĘ FINLANDII!!! – a ja przerażony uświadomiłem sobie, że wżynający się w moje nozdrza zapach słodziutkiej, pyszniutkiej wódeczki, to właśnie ta niebywała strata…

Oszklone drzwi otworzyły się głośno i nagle, niespodziewanie, a do wnętrza nieznanego mi pomieszczenia wpadł potężny, barczysty chlejus.

– KTÓRY TO KRZYKNĄŁ, FRAJERZY?!

Doczekał się jedynie odpowiedzi w postaci pięści, która prześwidrowała powietrze wokoło jego głowy, ale nie pacnęła go. Pod wpływem tego niezbyt tęgiego zamachnięcia, Wędkarz runął swym ciałem w kierunku nowego znajomego, który uchwycił jego dłoń i rzucił nim o ścianę pomieszczenia. Wędkarz wydał cichy skowyt i usłyszałem jeszcze głuche tąpnięcie jego twarzy o porozbijane kafelki.

Wykonałem pracę ponad swoje siły i wstałem, poślizgnąłem się o kałużę wódki, która dodała moim krokom impetu, i doskoczyłem do upitego gościa, chwyciłem go za szmaty i rzuciłem o okna pomieszczenia. Z szyi wypadł mu szalik biało-czerwono-niebieskiej barwy, który został na moich dłoniach. Nie miałem czasu na podziwianie odzieży mojego nowego znajomego, toteż rzuciłem tym szalikiem w stronę leżącego na kafelkach podłogi Wędkarza.

W tym samym momencie usłyszałem, jak oszklone drzwi raz jeszcze się otwierają a w progu pojawiła się dostawa kolejnych karków, którzy trzymali w rękach bądź to puste, bądź do połowy obalone flaszki wódki. Spojrzeli na mnie, ogarnęli wzrokiem roztrzaskany łeb Wędkarza i – delikatnie odłożywszy butelki – nim denko ostatniej flaszki stuknęło o kafelki podłoża – nowo przybyli przyjaciele już montowali twarz słabego piwożłopa, który nieprzyjemnie zaszkodził Wędkarzowi.

Gdy montaż tajemniczego przybysza skończył się pomyślnie, otworzyli szklane drzwi i podrzucili nim wysoko, doprawiając jego tyłek solidnym, cesarockim kopniakiem.

– O co chodzi, ziomuś? – zwrócił się do mnie znajomy, który niedawno jeszcze pomagał podtapiać Wędkarską twarz w wezbranej Olzie.

– Cholera! – ryknąłem, odsunąwszy się. – Ja nic nie rozumiem! Gdzie my jesteśmy, ziomek? Skąd się wziął ten typek który go uszkodził (i wskazałem na Wędkarza, nie wiedząc jak mam go inaczej nazwać) i czemu czuję się jakby haustem wyzerował dwa litry wódy?!

– Mówiłem ci, Fred, że nie będzie pamiętał! – krzyknął jakiś przymuł, który klęczał przy Wędkarzu i próbował go ocucić.

Gość nazwany Fredem spojrzał się na mnie głęboko, zakłopotany, wpatrywał się we mnie tak, jakby chciał się mnie spytać czy jaja sobie robię, i czy na serio nie pamiętam. Kiwnął głową kilka razy w lewo i prawo i zza pazuchy eleganckiej kurzawy wyjął półlitrówkę jakiejś wątłej jakości wódki, otworzył, korek flaszki uderzył o kafelki, zakręcił koło wokół naszych nóg, i zanim denko korka uderzyło o podłoże, Fred zatkał usta mankietem kurtki. Jego oczy nie zdradzały ani trochę tego, że przed chwilą dokończył pić – jak mi się wydawało – prawie pełną butelkę. Spojrzał się na mnie raz jeszcze, westchnął i powiedział, wskazując plastikowe siedzenia za mną:

– Usiądź… poopowiadam ci co nieco i poprzypominam w jaki sposób znaleźliśmy się w Bielsku…

– W Bielsku?! – krzyknąłem, odskoczywszy na sąsiednią kafelkę i przypomniałem sobie szalik, który trzymałem w ręku jeszcze niedawno, jego barwy oraz nocne pokrzykiwania obitego kolesia, który nie umiał wystarczająco dobrze wyartykułować nazwy swojego klubu pod wpływem alkoholu.

Usiadłem na siedzeniu, które okupowałem wcześniej, Fred podszedł ze mną, zerknął na kałużę wódki po rozbitej przypadkowo przeze mnie butelce, woń wódy wżerała się w nozdrza.

– No, słucham więc, co robimy w Bielsku?

Artur Żołądź

Cześć I/część II