Biegnę wzdłuż wybrukowanej przestrzeni, mżawka coraz silniej tnie moją twarz. Za sobą słyszę coraz głośniejsze pokrzykiwania policjantów: „STÓJ! POLICJA!”. Heca niesamowita – dla durnej stówy mandatu biegną za mną i spalają kalorie, których ani zrekwirowaną setką, ani skonfiskowanym piwem nie nadrobią. Czego się spodziewać od Cesaroków, których zapewne jedyną rozrywką jest gonitwa za turystami, bezczeszczącymi Wzgórze Zamkowe.

Chciałem wystawić na próbę ich cesarokową dumę: znalazłszy wyrwę w murze, otaczającym brzeg Wzgórza Zamkowego, przeskoczyłem przez bramkę, która zastępowała kamienne umocnienie, i po stromym, pełnym brudnych grud śniegu pagórku, zbiegłem w stronę brzegu Olzy, przy którym rozciągała się alejka pełna ławek z widokiem na czeskie już zabudowania. Twarz mi chłostały suche i stare gałęzie, odbijałem się od drzew jak piłeczka pinballowa. Czułem, że nie zdążę wyprzedzić stojącego przy ławce kosza na śmieci, toteż w biegu zamachnąłem rękoma i uskoczyłem wysoko, nie zahaczając ani trochę o brzeg śmietnika. Te harce trochę zachwiały moją równowagą, nie utrzymałem jej, i uderzyłem o drzewa, stojące u brzegu wezbranej rzeki. Prawdopodobnie wpadłbym do niej, gdyby paradoksalnie nie uratowała mnie wilgotna gleba, która rozstąpiła się pod moim krokiem, a jej spory kawał ześlizgnął się do rzeki, pomagając mi utrzymać równowagę. Niczym olimpijscy biegacze wystartowałem z jednej nogi wzdłuż alejki.

Hecy ciąg dalszy… Dalej słyszałem za sobą pokrzykiwania niezmordowanych jeszcze gliniarzy.

Biegłem stale przed siebie, biegłem na pamięć, gdyż nie mogłem otworzyć oczu, które chłostała coraz silniej cieknąc z chmur mżawka odwilży.

Poczułem kilka szturchańców ze strony mijanych przeze mnie w biegu ludzi. „Hola!”, „Uważaj, gościu!”, „Ja sem Czech, kurwo!”, i inne podobnego kalibru teksty słyszałem za swoimi plecami, przeplatały się one z uzewnętrznieniami gliniarzy, którzy nie umieli mnie dogonić. Słyszałem z ich strony sapanie głośniejsze od powiewu powietrza, od strzałów mżawki na mojej twarzy, od fal wezbranej nadmiernie Olzy. I wreszcie usłyszałem swoje rzężenie, które dobywało się z mych płuc wiekopomną smołą. Jednak motywacja w postaci zaoszczędzenia stu złotych, cennych dla mnie w tym pustkowiu bez celu niczym złoto dla marzyciela, dodawała mi zdecydowanych sił. I w końcu dobiegłem do jednego z wielu cieszyńskich mostów nad Olzą, prowadzących na czeską stronę Europy Wschodniej.

Delikatnym truchcikiem przebiegłem połamany w każdym niemalże miejscu asfalt polsko-czeskiej dróżki, słysząc pod stopami fale Olzy, ujrzałem budynek po czeskiej stronie przypominający komisariat bądź urząd celny, wokoło którego stało pełno mężczyzn w odblaskowych kamizelkach, a także nieumyte auta, dzierżące na dachach koguty i sygnały.

Gdy znalazłem się tam, w pepikowym raju, obróciłem się w stronę polskiej części Cieszyna i zauważyłem dwójkę gliniarzy, stojących na brzegu.

– I tak cię dorwiemy, szujo! – krzyknął jeden z nich.

– Choćbyśmy mieli wystąpić o ekstradycję! – dodał miło drugi, a ja zastanawiałem się ile razy miasto Cieszyn musiało ścigać poprzez Interpol turystów-pijaczków takich jak ja. Śmiałem się.

Obróciłem się i zerknąłem na ten czeski świat nędzy, smutku, obskurny wygląd spłoszonych czczym wiatrem dzielnic z lichego betonu. Obraz degeneracji nowej generacji, wygląd sennego koszmaru, o którego fundament delikatnie uderza cichy deszczyk. Minąłem powoli wpatrujących się we mnie z tępym uśmiechem tych czeskich gliniarzy i wyszedłem schodami bez poręczy i bruku wzdłuż tym razem czeskiego brzegu wezbranej Olzy.

Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni kurtki flaszkę piwa, otworzyłem ponownie pobudzony trunek i usiadłem u brzegu. Wiatr delikatnie kołysał moimi włosami, podobnie jak Olzą, która stała się teraz obiektem moich obserwacji. Uniosłem wysoko szyjkę z napojem, by umieścić zawartość wygazowanego zapewne piwa w moim gardle, gdy nagle ujrzałem nad swoją twarzą jakąś ni to przepitą, ni przyćpaną mordę, która wrzasnęła mi, przerywając strumień mżawki, myjący moje oczy:

– CO TY ODPIERDALASZ GOŚCIU?! SCHOWAJ TĄ WĘDKĘ!

Podniosłem się z ziemi niczym rażony piorunem, zdziwiony samym faktem polskiej mowy z ust tego typka w wątpliwym stanie fizycznym, i – znając wiele różnych chwytów stosowanych przez „ludzi ulicy”, uchyliłem się przed nadciągającą w stronę mojego pyska pięścią.

– SCHOWASZ TĄ PIERDOLONĄ WĘDKĘ, CZY MAM CI POMÓC?! – rzekł raz jeszcze, po czym ponownie próbował mnie uderzyć, lecz tym razem, uchyliwszy się przed jego ciosem, uchwyciłem jego ramię i wygiąłem tak, że jego ciało nienaturalnie oklapło na moich plecach, usłyszałem rzężenie z jego ust i kilka polskich przekleństw, które ułożył w śliczną wiązankę.

I wydawało mi się, że moich kłopotów jeszcze nie nadszedł koniec. W moją stronę biegła tym razem grupa podobnych do leżącego na moich plecach mężczyzn, którzy nie mieli najprzyjemniejszych zamiarów w oczach wypisanych, i najwyraźniej również i im przeszkadzała jakaś mistyczna wędka, której boskim posiadaczem miałem być ja… Podbiegli, a ja w tym samym momencie uchyliłem się, odrzuciłem swojego nowego przyjaciela, i szykowałem się do ucieczki, gdy nowi znajomi chwycili upadającego „wędkarza”, przytaszczyli go nad brzeg Olzy i zaczęli podtapiać jego twarz o fale rzeki.

– WĘDKA, KURWAAA!!! – krzyczał, gdy jego twarz znajdowała się nad powierzchnią wody.

Jeden z tej paczki tajemniczych morderców wędkarzy podszedł do mnie, zauważywszy mnie, położył mi rękę na barku, westchnął i rzekł:

– Przyćpał…

A ja dalej słyszałem pokrzykiwania „przyćpanego”, który wyklinał wędkę w niebogłosy nad falującą Olzą…

 

 Ciąg dalszy nastąpi…

Artur Żołądź