Z życia exula

niektórzy ludzie nigdy nie wpadają w szał
jakie muszą mieć
beznadziejne życie.”
Charles Bukowski

 I – Na piastowskiej ziemi

Słodki szum, ten, który zostaje w uszach na długo, który jest szeptem Morfeusza, kołysałby mnie do dalszego snu, gdybym nie rąbnął łbem o coś litego i twardego, coś, co nie przypominało konsystencją słodziutkich piersi, w które zawsze lubiłem się wtulać. Otworzyłem z niemałymi problemami swoje ciężkie jak ołowiane kule powieki i spostrzegłem, że siedzę niemal oparty o jakieś wygodne siedzonko… a przede mną były kolejne siedzenia, i kolejne, i kolejne, i obok to samo, siedzieli w nich ludzie wpatrzeni we mnie jak w pieprzony okaz przyrody w Słowińskim Parku Narodowym. Szum począł się zniżać, i zniżać, a ja uświadomiłem sobie, że to nie żaden szept Morfeusza, tylko jakiś cholerny mikrobus czechosłowackiej bodaj jeszcze produkcji.

Gdzie ja, u licha, jadę? C ja robię w tym mikrobusie?… Nie! nie mogłem sobie pozwolić na egzaltację takich myśli i uczuć, bo nie wiem w jaki sposób zareagowaliby pasażerowie, nie mówiąc o kierowcy… nie miałem przy sobie żadnego biletu, toteż byłbym łakomym kąskiem dla pana ministra finansów. I ta myśl zaczęła nade mną ciążyć jak widmo kaca – widziałem tego brylatego paździocham, forsożernego drapieżnika tegoż samego gatunku co i ja. Żeby nie wzbudzać nadmiernych podejrzeń, rozejrzałem się wkoło z uśmiechem, a spostrzegłszy, że na sąsiednim siedzeniu leży jakaś gazeta, chwyciłem ją i zacząłem z wolna lustrować. Przeczytałem w myślach tytuł: Gazeta Wyb… FUUU! JA TO CHWYCIŁEM W RĘCE?! I z obawy o swoje zdrowie, podrzuciłem to ścierwo wysoko w górę, coś szarpnęło mną wewnątrz i wydałem okrzyk, jak gdybym dostrzegł jakiegoś zbliżającego się szerszenia z azjatyckich gór.

Gdy świstek drukowanych bredni z wolna rozpoczął upadać na siedzenie, kołysząc się w powietrzu zgubiwszy kartki, ja już siedziałem na oparciu mojego siedzenia i z przerażeniem w oczach wpatrywałem się w to, co z tejże gazety pozostało.

Miałem nie wzbudzać większych podejrzeń, tak? Tymczasem ludzie wpatrywali się we mnie jakbym był pacjentem domu wariatów specjalnej troski. Widziałem minę kierowcy w lusterku nad jego głową, czułem, że mój przystanek będzie najbliższym…

Mikrobus podskakiwał na swoich radzieckich resorach, na bruku z kocich łbów między kamienicami jakiejś dużej, ale brudnej i zanieczyszczonej mieściny. Nie czułem się najlepiej, jadąc wśród tak ściśniętych miejsc. Toteż gdy mikrobus wyjechał na otwartą przestrzeń, ukazując całą okazałość miasta a także to, co pięknego to miejsce ma w sobie do zaoferowania, i ujrzawszy góry w oddali, poczułem się znacznie lepiej.

Za oknem leciutko mżyło, niebo było szarobure, co przepięknie uzupełniało szarość tych burych i nudnawych kamienic. Musiał być wczesny ranek, skoro na chodnikach było niewiele ludzi. Tu jakaś stara baba popycha wózek z niepokornym dzieciakiem, tam trójka żuli bawi się zawleczkami z puszki, układając je w różaniec, tam jeszcze jakiś Latynos cyka zdjęcia tym kamienicom – jak gdyby tam gdzieś u siebie nie miał podobnych. I mikrobus podjechał wreszcie na dworzec. Wstałem więc z siedzenia i pierwszy pragnąłem czmychnąć z tegoż autobusu. Nic nie powiedziawszy kierowcy, otworzyłem te drzwi czechosłowackiej produkcji i dosłownie wyleciałem na świeże powietrze. Nie widać było tego po tutejszych ogołoconych późną zimą z liści drzewach, lecz wiatr dął solidnie. Mróz był raczej mało odczuwalny.

Stanąwszy przed przystankiem rozejrzałem się wokoło siebie, wciąż nie wiedziałem gdzie jestem. Zauważyłem stację kolejową tuż przy dworcu, toteż poszedłem tam z nadzieją, iż dowiem się w jakiej to obskurnej mieścinie wylądowałem.

„CIESZYN” – głosił napis na starym, niewyremontowanym budynku stacji kolejowej.

A więc tak! Ale cóż mnie skusiło, żeby przyjechać do tej starej, piastowskiej mieściny, miejsca odwiecznych narodowościowych konfliktów? Wciąż tego nie wiedziałem; nie mogłem spamiętam, cóżem czynił jeszcze wczoraj, że znalazłem się w mikrobusie.

W sumie nie obchodziło mnie to zbytnio. Spojrzałem na śnieg i dostrzegłem kilka ślicznie wbitych puszek po piwie w ogromną grudę śniegu. Cóż za szlachetny, neoromantyczny gest… I nagle przyszła mi niesamowita ochota na piwo! Znacie to uczucie? Obce miasto, całkiem sam, nie wiedziałem dokąd pierwotnie miałem jechać… Ba! Skąd tutaj przyjechałem – to również było tajemnicą!… Skierowałem się czym prędzej wzdłuż torów, z nadzieją, że znajdę drogę do centrum.

Minąłem plac zabaw, minąłem ogromny, ewangelicki kościół-zabytek, i dostałem się na rynek. Nie mogę powiedzieć, żeby to miasto mnie przerastało. Znajdywałem się w większych miastach, starszych miastach, pamiętam podróż do Rzymu, więc w porównaniu z Miastem Stu Kościołów – Cieszyn zdawał mi się być po prostu jakąś podlaską wioską. Niewielu ludzi tu spotkałem, niewiele różnili się ode mnie – a jednak to ja tutaj musiałem czuć się jak wyzuty z resztek pamięci outsider. Niewielu spotkałem ludzi – i żadnego oryginała. Cieszyn to jednak wioska…

Moja wiedza na temat tego podzielonego miasta ograniczała się tylko do tego, że istniało tu jakieś Wzgórze Zamkowe i rotunda na nim. Ale za cholerę nie wiedziałem, gdzie mogę kupić jakieś piwo. Jak mi zawsze powiadała moja mama: koniec języka – za przewodnika…

– Przepraszam bardzo. – zaczepiłem losowego przechodnia. – Gdzie tu jest jakiś sklep spożywczy?

– Ja sem Czech Republik! – odparł mi gościu o wyrazie Mongoła, a ja nie mogłem uwierzyć że był to Czech – wyglądał jakby był żywcem wyjęty z jakiegoś wietnamskiego pornola dla impotentów.

Zostawiłem pseudo-Czecha i ruszyłem wzdłuż alei z kocich łbów i znalazłem się na drodze wiodącej na wspomniane Wzgórze Zamkowe. Droga była przepełniona szyldami, wystającymi ze ścian obskurnych, szarych kamienic. Mijałem księgarnie, biblioteki, kebaby, drogerie, i inne bezwartościowe pierdoły wiekowego miasta, aż wreszcie znalazłem się pod murami, otaczającymi brzegi Wzgórza Zamkowego. Moją uwagę przyciągnął pomnik, toteż – nie oglądając się zbytnio wokół siebie – przekroczyłem kolejną aleję i znalazłem się na potężnych, marmurowych schodach. Miałem więc panoramę zarówno części polskiej, jak i czeskiej tego miasta. I wówczas jak anioł z nieba spadł mi szyld na jednej z kamienic: ALKOHOL.

Pobiegłem tam, wyminąłem auto z czeską rejestracją, której kierowca gwałtownie zahamował i począł coś krzyczeć do mnie po czesku, czy słowacku, czy po rosyjsku – nie interesowało mnie to – i znalazłem się w upragnionym sklepie…

I nagle uderzyło mnie jak grom. Przypomniałem sobie, że Cieszyn słynie z piwa o nazwie Brackie… Jak już tu jestem, to czemuż nie miałbym spróbować specjału polskiej strony piastowskiego miasteczka?

Z kieszeni wyjąłem drobne i zapłaciłem za butelkę cieszyńskiego piwa. Jakie to jest cudowne uczucie – trzymać piwo w dłoni ze świadomością, że piwo z rana smakuje jak śmietana!

No… Jak już tu jestem – to czemuż nie miałbym po szlachecku napić się Brackiego na Wzgórzu Zamkowym? A co! Tysiąc lat w tył Mieszko Pierwszy uczył tu pewno pić swojego synalka Bolka, pokazując na średniowiecznej bani drugi brzeg Olzy i mówiąc Bolesławowi: To, synu, nasze są połacie, i tobie je powierzam… Skąd Mieszko mógł wiedzieć, że już milenium później do rządów dobiorą się potworki i ufoludki?

Mijałem zabytkowe budowle na Wzgórzu Zamkowym; biło od nich jeszcze tym pysznym, sfermentowanym dawniej winem, biło krwią i rdzą mieczów, biło pleśnią drwa strzał i stalą bełtów. Biło dawnym, nie okrytym jeszcze chińskimi zdjęciami czy miłymi przewodniczkami czasem.

„Więc to jest ta sławna rotunda…” – pomyślałem sobie, przechodząc koło romańskiej budowli i nie dowierzałem, iż to, co do niedawna jeszcze mogłem podziwiać tylko na banknotach czy w podręcznikach historii – niewiele różni się od poniemieckiego bunkra i tak samo niezadbane stoi, prędzej odstraszając, aniżeli – ciągnąc.

Znalazłem ławkę pomiędzy ogromną, piastowską basztą, a potężną studnią – tuż na samym brzegu Wzgórza, z którego widać było jakiś jeszcze bardziej obskurny zakład pracy, obwiązany zewsząd flagami Solidarności. Pogmerałem w kieszeni i znalazłem zapalniczkę – z hukiem otworzyłem nią piwo, usiadłem na ławce i podziwiałem ogrom tej baszty.

Wystała swoje, i nie planuje runąć. To było piękno dawnych budowli. Bo co pozostanie po naszych obrzydliwych, śmierdzących, obrzyganych blokowisk, budowanych na kształt leżącego prostopadłościanu? Ująłem łyk z butelki. Jeszcze nie chciało mi się myśleć nad przyczyną mojego pojawienia się tutaj. Póki co pozwalałem mżawce zwilżać moje włosy… Na przemyślenia przyjdzie jeszcze czas – przecież to nie myśli tworzą rzeczywistość, tylko czyny… Póki żyję i póki mam za co pić…

… I nagle dostrzegłem, jak zza baszty wyłania się dwójka ludzi w czarnych strojach, idąca z szybkim krokiem kowboja w moją stronę. Wiedziałem że mnie zauważyli i idą w tą stronę, ale nie potrafiłem się opanować – lekka panika wdrążyła się w moje serce i siedziałem sztywno… Ale nie mogłem panikować! Natychmiast wstałem i – znalazłszy na ziemi kapsel piwa, nie pochodzący z mojej butelki – przymknąłem piwo, schowałem w wewnętrzną kieszeń kurtki i począłem biec przed siebie, w stronę studni; i tylko usłyszałem za swoimi plecami donośny dwugłos:

– STÓJ, POLICJA! …

 

Artur Żołądź