30 maja 1995roku
Amelko, jesteś już w niebie. Już nie cierpisz, nie płaczesz, nie boisz się śmierci, która już Cię zabrała.
W białej trumience wyglądałaś jak porcelanowa laleczka. Wyglądałaś, jakbyś właśnie śniła najpiękniejsze sny. I nikt by nie pomyślał, że już nigdy nie otworzysz swoich niebieskich oczu, by nadal móc podziwiać piękno tego świata.

Zasnęłaś na zawsze, moja Kruszynko….

6 czerwca 1995
Wszyscy mnie pocieszają, każdy chce mi pomóc. Ale nikt nie domyślił się, że umarłam razem z Tobą. A umarłym przecież nie można pomóc. Ta, która siedzi przed nimi to zwykła kukła. Kukła, dla której śmierć nie stała się barierą, by nadal Cię kochać.

21 lipca 1995
Żyję jak maszyna. Prawie nic nie jem, nie mogę spać, nie mogę patrzeć na ludzi. Nie mam już siły stać, ale nie mogę usiąść. Jestem potwornie zmęczona. Nie mogę pozwolić sobie na chwilę odpoczynku, którego tak domaga się mój organizm. Nie mogę. Bo gdy usiądę, myślę tylko o Tobie. Proszę Boga, by pozwolił mi umrzeć, bym znów mogła ukołysać Cię do snu. Albo chociaż pozwolił mi zwariować, bym przestała myśleć, płakać, rozumieć i czuć. By choć na chwilę przestało boleć..

16 listopada 1995
Nadal żyję i nie zwariowałam. Czuję się tak, jakby ktoś porozrywał moje życie na drobniutkie kawałki i rozrzucił w powietrzu. Jeśli choć na chwilę próbuję uwierzyć w to, że jakoś to pozbierałam, to podmuch wiatru pozbywa mnie złudzeń.

Amelko, wróć, błagam Cię, wróć choćby na chwilę. A wtedy obiecuję – nigdy Cię nie puszczę…

30 grudnia 1995
Siedem miesięcy temu leżałaś w szpitalu. Godzinami przesiadywałam przy Twoim łóżeczku, opowiadając Ci bajki o wesołych zwierzątkach, by choć na chwilkę na Twojej twarzy pojawił się uśmiech. Zapewniałam Cię, że wszystko będzie dobrze, że niedługo wrócimy do domu. Wrócimy wszyscy razem i będziemy żyć szczęśliwie.

Dziś leżysz na cmentarzu, a ja nadal godzinami siedzę przy Tobie. Zadaję Ci tysiące pytań, na które już nigdy nie dostanę odpowiedzi. Dotykam śniegu i nagle dochodzi do mnie, że jest on tak samo zimny jak Twoje usta, gdy po raz ostatni Cię pocałowałam.

6 lutego 1996
Gdy leżałaś już w szpitalu, a ja głaskałam Twoją malutką główkę, uśmiechałam się przez łzy, gdy próbowałaś pierwszy i ostatni raz powiedzieć „Mama”. I brzmiało to jak najpiękniejsze słowo na świecie.

Boże, dlaczego? Dlaczego zsyłasz tyle cierpienia? Dlaczego pozwalasz patrzeć matce na łzy jej dziecka?

25 marca 1996rok
Zamknęłam oczy, by na chwilę odpocząć. I znów to widziałam..
Widziałam moją córeczkę zamkniętą w małej skrzyni, która nie mogła złapać oddechu. Włosy, które rosły w ciemnościach.Słyszałam jej straszny płacz i błagania, bym jej pomogła, bym ją wyciągnęła i przytuliła.
Przerażona natychmiast otwieram oczy. Uświadamiam sobie, że moja córeczka już nie płacze. Myślę o trzech metrach ziemi przygniatających ją i zaczynam płakać.

I obiecuję sobie, że już nigdy nie zamknę oczu.

19 kwietnia 1996rok
Dni płyną jak łzy. I ciągle zastanawiam się, po co jest śmierć? Po co ludzie się rodzą, skoro potem umierają? I zaraz potem zdaję sobie sprawę, że niepotrzebnie zadręczam się pytaniami bez odpowiedzi. To tak samo jakby spytać, po co się śmiejemy, skoro w przyszłym miesiącu zdarzy nam się zapłakać.. Ludzie rodzą się i umierają. To naturalna kolej rzeczy..

30 maja 1996
To dziś. Minął rok.
Jakaś kobieta oglądała w sklepie malutkie buciki, a ja szukałam najładniejszego, czerwonego znicza – w Twoim ulubionym kolorze. Klęczałam przy Twoim grobie obiecując Ci, że
nigdy Cię nie zapomnę i nigdy nie będę nikogo kochać tak jak kochałam Ciebie.

Dziękuję Ci za każdą sekundę spędzoną z Tobą, za każdy Twój uśmiech, za każdy Twój całusek.
Dziękuję Ci za to, że byłaś i że zawsze przy mnie będziesz.
Kocham Cię.

Viktoria Skrzypiec