„Gwiazd naszych wina” (In Fault in Our Stars) autorstwa Johna Greena to światowy bestseller docieniony zarówno przez czytelników, jak i przez krytyków. Ale dlaczego tak się stało? I czym wyróżnia się ten tytuł spośród papieru toaletowego, na który można się natknąć w księgarni? Zaraz spróbuję to wam wyjaśnić, ale najpierw krótkie streszczenie.

   Główną bohaterką jest Hazel Grace, szesnastolatka chora na raka tarczycy w czwartym stadium z przerzutami do płuc, co sprawia, że piekielnie trudno jej się oddycha, więc wszędzie musi taszczyć ze sobą butlę z tlenem o imieniu Phillip. Hazel podszas spotkania grupy wsparcia poznaje Augustusa Watersa, starszego o rok chłopaka, który uwielbia metafory i dzielnie kuśtyka po świecie z wiecznie mu towarzyszącym łobuzerskim,  krzywym uśmiechem na twarzy.

   Skoro już mniej więcej poznaliście głównych bohaterów to najwyższy czas, bym wam przedstawił powody, które przekonają was do tej książki. Tak więc zaczynamy!

  Przede wszystkim ta powieść napisana jest wspaniałym, bardzo prostym językiem, dzięki czemu bardzo wyraźnie rozumiemy uczucia Hazel, która równocześnie jest narratorką. Ten tytuł jest totalnym przeciwieństwem pisarzy w stylu Marcela Prousta, ktorzy mimo wszystko są bardzo trudni w odbiorze dla młodych ludzi, a to do nich najczęściej kieruje swoje powieści John Green. W dodatku mamy tutaj olbrzymie pokłady dobrego humoru, przez co niewątpliwie łatwo i przyjemnie się ją czyta, nawet jeśli bohaterowie dyskutują na temat jajecznicy. Same przemyślenia Hazel i opisy wydzarzeń są tak przedstawione, że bardzo ciężko jest jej nie lubić. Przede wszystkim ta książka jest czarująca, jasna w swoim przekazie i szczera.

   Ale skoro już napomknąłem o przemyśleniach i o jakimś tam przekazie to trzeba wam wytłumaczyć, o co tutaj chodzi, bo nie sposób przejść obojętnie wobec najważniejszego tematu podejmowanego w tej książce. A mianowicie o śmierci. Ale nie jest ona pokazana z perspektywy Hioba, krzyczącego „Panie, ufam ci” albo z perspektywy osoby zatopionej w bagnie depresji kliniczej zastanawiającej się „Dlaczego ja? Czemu mnie to spotkało?”. Nic równie maniakalnego tam nie spotkacie. Przedewszystkim jest to opowieść o zwyczajnej nastolatce, która żyje w przeświadczeniu bliskiego końca, a co najpiękniejsze nie boi się samej śmierci, ale tego co się po niej wydarzy, gdy ona odejdzie. Wydaje mi się, że najbardziej lęka się, iż jej rodzice się rozwiądą, zeżre ich smutek, popadną w depresję i nie będą potrafili wrócić do normalności. To samo tyczy się Gusa (czyli krzywo uśmiechającego się Augustusa). Boi się zawrzeć jakąkolwiek bliską znajomość, ponieważ uważa się za granat, który po jej śmierci wybuchnie i zrani odłamkami wszystkich w swoim otoczeniu. I stąd według mnie bierze się obsesja Hazel na temat zakończenia swojej ulubionej książki, (czyli „Ciosu udręki” Petera von Houtena, książki w pełni wymyślonej przez Johna Greena na potrzeby swojej powieści). Po prostu musi zawsze wiedzieć co się wydarzy „po” i musi znać jakiś ciąg dalszy, a co jest najciekawsze nie rozmyśla o niebie lub piekle, tylko o tym, co się może wydarzyć z rodziną, przyjaciółmi i chomikiem głównej bohaterki „Ciosu udręki”. Według mnie właśnie w tym utożsamianiu się Hazel z jej ulubioną książką kryje się sedno jej lęków i obaw.

   Jako ostatni atut „Gwiazd naszych wina” wybrałem nawiązywanie do wiersza Emily Dickinson. Zapewne wielu nie zwraca na takie rzeczy uwagi, lecz ja (mam nadzieję, że od teraz również i ty też) bardzo sobie takie rzeczy cenię. A o co dokładnie chodzi? Przede wszystkim na samym początku książki, a dokładnie kiedy Hazel wychodzi z kościoła w towarzystwie Gusa, napotykamy się na pewien zupełnie niezwracający na siebie uwagę opis przyrody.
  „Potem wyszliśmy z Jezusowego Serca na parking. Wiosenne powietrze osiągęło chłodną stronę doskonałości, a późnopopołudniowe słońce niebiańsko raniło nasze oczy.”
I właśnie tutaj John Green bezpośrednio nawiązuje do wiersza pt. „Bywa słońca pochylenie”.

Bywa światła Pochylenie –
Zimą – w Szary Dzień –
Które zgniata nas jak Brzemię
Katedralnych Brzmień –

Niebiańsko nas rani –
Nie uświadczysz blizn,
Tylko wewnątrz zmiany –
Tam, gdzie Znaczeń błysk –

Na nic Wiedza niedorzeczna –
To Pieczęć Rozpaczy –
Cios udręki, co z Powietrza
Spada na nas – władczy –

Gdy się zjawia – tuż przed zmierzchem –
Cichnie Cień i Śnieg –
Gdy odchodzi, jest jak Przestrzeń,
Skąd spogląda Śmierć –

   Moim zdaniem w tym wierszu podmiot liryczny utożsamia każdy świt i zachód słońca z promykiem nadzieji, który mimo tego, że raduje, budzi też wewnętrzną trwogę, bo jak każda nadzieja, ta również jest bardzo ulotna. Taka interpretacja jak najbardziej pasuje do rozterek Hazel w sprawie Gusa. A tak poza tym mam nadzieję, że już widzicie, skąd się się wziął tytuł „Cios udręki”.

   Tak więc pozostawiam was z tym wszystkim i mam nadzieję, że dacie się skusić na Johna Greena. 310 stron to przecież bardzo mało i nie zabierze wam zbyt wiele czasu, a obiecuję, że sprawi dużo przyjemności.

Piotrek Mosak