Swoje życie podzieliłem na trzy okresy – młodość, starość mentalną i starość fizyczną. Wbrew pozorom, drugi z nich wcale nie oznaczał, że stałem się kompetentnym dorosłym człowiekiem. Bardziej posądzam się o starczą zrzędliwość, która wyjątkowo często lubi dać o sobie znać. Niektórzy wierzą, że demony istnieją i potrafią zawładnąć nad człowiekiem. Z ciekawości przejrzałem demonologię w poszukiwaniu powodu moich problemów duchowych. Niestety nie znalazłem żadnego diabła o imieniu Zgryźliwość.

Nie uśmiecham się. Nie widzę sensu durnych gestów, spokój ducha był od wielu lat głównym wyznacznikiem życia szczęśliwego. Bo jak inaczej uzyskać szczęście w czasach, w których zło zdecydowanie góruje nad pozytywami? Wędruję od punktu do punktu utrzymując w ryzach każdą z emocji, których nadmiar wyrzucam z siebie będąc pod wpływem alkoholu. Czuję się źle odganiając każdego kaca kolejną flaszką. Robię to jednak pod przymusem, pamiętając o tym, że kac jest tylko i wyłącznie karą za zaprzestanie picia.

Nie uśmiecham się. Ale po szóstym kielichu już nie jestem pewien, dlaczego. I tak jak na wielu alkohol działa jak eliksir prawdy, sam po kilku głębszych nie umiem wyjaśnić na czym polega stan prawdziwy. Lecz nie z powodu uwielbienia kłamstwa. Dochodzę wówczas do wniosku, że nie umiem prawdy dostrzec – zostaje zakryta przez stek wątpliwości, z których każda rodzi nowe myśli, próbujące utorować tunel do oświecenia. Sprawa byłaby prostsza, gdyby tych dróg było kilka. Ich jest tysiące. Mój procesor powoli się przegrzewa.

Wchodzę w pętlę. Jeśli nie wiem niczego, jest to równoznaczne z moją głupotą. A czymże człowiek głupi może się przejmować. Dlaczego piję, skoro nie mam czego zapijać? Skończę ten ciąg, przypomnę sobie, jak to jest nie być dnem społecznym.

Uśmiecham się do siebie. Bo teraz już nie mam powodu, by tego nie robić.

Robert Hałuza