Przed rokiem zmarł pewien młody ksiądz z mojej parafii. Był bardzo rezolutny; momentami zdawał się być kontrowersyjny ze względu na poglądy, którymi hołdował. Dla zatwardziałych klerykałów z kurii był aż nazbyt ekstrawagancki w obejściu. Jednak dla większości parafian tam, gdzie wyobrażano sobie stare, pomarszczone, surowe twarze biskupów i szafarzy, ubranych w białe jak śnieg sutanny, była to imaginacja przerażająca; przeciwieństwem tego okrutnego wyobrażenia był ów przemiły, młody ksiądz o przyjaznej, jasnej, uśmiechniętej twarzy, dla większości kobiet wciąż pociągający (a może nawet tym bardziej pociągający ze względu na tak zwany zakazany owoc…). Z ust tegoż młodego kapłana z sercem, pochłoniętym przez powołanie, tak banalne stwierdzenie, jak: „Bóg cię kocha”, zdawało się być dopiero co objawioną, miłosierną prawdą – o wiele silniejszą od kazań tychże pojedynczych Bogów Starego Testamentu o twarzach surowych i niebezpiecznych.
   Młody kapłan zmarł z uśmiechem na ustach.
   – Nie martwcie się. – mówił na łożu śmierci. – Bóg jest miłosierny i pozwoli mi stanąć przed Swoim obliczem…
   Skonał w nocy, we śnie, uśmiech nie zrzedł mu mimo bólu, który przeszywał jego ciało.
   Odprawiono mu pogrzeb skromny. Mszę pożegnalną poprowadził jego przyjaciel z parafii – żaden z prałatów nie przybył pożegnać młodszego brata. Pogrzebano go jednakowoż z honorami, a z dnia na dzień na grobie księdza pojawiały się coraz to nowe znicze, a te zapalone nie gasły nawet w deszcz czy niepogodę. Przyjaciele zmarłego i wierni parafianie dbali o grób rezolutnego księdza, wiedzieli wszak, że pamięć o nim nigdy nie pozwoli mu umrzeć na serio.

Teraz, gdy już rok nie widziałem uśmiechniętego księdza, zdarzyła się sytuacja, która śnić mi się będzie całymi nocami.

   Przed naszym kościołem stoi niewielki plac, którego krawędzie przecinane były stacjami drogi krzyżowej. Wraz z innym parafianinem, moim znajomym, czyściliśmy obrazy przy każdej ze stacji. Doszliśmy do dziewiątej stacji.
– Woda w kuble już brudna. – rzekł znajomy, wziąwszy kubeł. – Pójdę na zakrystię po świeżą.
   Widziałem go, jak wchodził do zakrystii, której drzwi wychodzą w stronę placu drogi krzyżowej. W tym samym momencie z tegoż pomieszczenia wyszła inna osoba. Szła w moją stronę. Postura wydawała mi się być znajomą. Czarna sutanna, którą człowiek ten miał na sobie, rozwiała moje wątpliwości.
Młody ksiądz podszedł do mnie; przez prawe ramię miał przewieszoną białą sutannę.
– Niech będzie pochwalony…
– Na wieki wieków..
   Nie zastanawiałem się dlaczego ksiądz, choć zmarł przed rokiem, teraz wita się ze mną; nie miało to w tym momencie znaczenia. Istotniejsze dla mnie było dlaczego jego twarz była pobrużdżona, brwi ściągnięte w dół bólem jakimś niebotycznym, usta opadłe pod mnogością zmarszczek na sam niemal podbródek. Teraz ten młody ksiądz zdawał się wyglądać jak owi prałaci, którzy tak bardzo nim ongiś pogardzali.
– Ojcze… wróciłeś z zaświatów.– Wola Boża.
– Byłeś przekonany o miłosierdziu Boga, ty
mczasem przychodzisz do mnie tak, jakbyś był zbawieniem zmęczony.
– I to wola Boża, synu.
– Co się tedy stało?

   Spytałem, ale w ostatnim momencie zrozumiałem, że pytanie to było niewłaściwe. Ksiądz zapewne pomyślał o tym samym, gdyż nie odpowiedział, uporczywie czekając na kolejne pytanie.– I
… jak tam jest… tam, przed obliczem Pana?
   I teraz ksiądz nie odpowiedział. Poszedł za dziewiątą stację. Po kilku minutach wyszedł, ubrany w białą jak śnieg sutannę. Nie różnił się teraz niczym od tych biskupów, przed którymi ostrzegał nas jeszcze za życia. Podniósł głowę i wzrokiem wskazał mi wielki napis, widniejący nad obrazem stacji:

Jezus upadł po raz trzeci.

  Chciałem spojrzeć jeszcze na księdza, zapytać go – co przez to rozumie. Jednak nie było go tam. Rozejrzałem się – nie było go nigdzie. I dostrzegłem tylko znajomego, idącego z kubłem świeżej wody w moją stronę.
– Co się stało? – spytał. – Wyglądasz tak, jakbyś zobaczył ducha.
– Nic. – odparłem i starałem się już zachowywać normalnie. Moje myśli jednak krążyły cały czas wokół tego napisu nad moją głową. Patrzyłem nań bez ustanku:

Jezus upadł po raz trzeci.

– Upadł… – szepnąłem do siebie.
– Słucham? Kto upadł?
– Jezus. – wskazałem na napis. – Jezus upadł.
– No. Po raz trzeci. Pewnie nie raz jeszcze upadnie…
– Taki los zbawiciela.

29.05.2016 r. Jastrzębie-Zdrój