Poetka, prozatorka, publicystka, studentka dziennikarstwa i zarządzania mediami oraz studiów pisarskich, redaktor naczelna świetnego Magazynu Kulturalnego Horyzont. Jej twórczość publikowana w wielu antologiach zarówno w Polsce jak i za granicami naszego kraju, tworzyła cykl poetycki The Year of The Poet, wydawany przez amerykańskie wydawnictwo, autorka tomu poetyckiego Ars Poetica (Londyn, 2013). Kobieta, która nigdy nie spoczywa na laurach, a swoim talentem i miłością do tego co robi mogłaby obdarować cały świat.

Rozmowa z Anną Jakubczak była dla mnie nie tylko wielkim zaszczytem, ale i wielką lekcją pokory, cierpliwości oraz wiary. Wiary w to, że jeśli się chce to tak naprawdę można osiągnąć wszystko i znaleźć czas na realizowanie siebie w każdej sferze, nawet, jeśli ma sto pomysłów na siebie. Co najlepsze, każdy z pomysłów Anny jest nie tylko niesamowity, ale i niesamowicie realizowany.

 

Viktoria Skrzypiec – Jak to się stało, że jesteś tu gdzie jesteś?
Anna Jakubczak – To jest bardzo dobre pytanie. I przyznam, że musiałam chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Co sprawiło, że jestem tu, gdzie jestem? Na początku zachęta mamy do czytania od najmłodszych lat. Do dziś miło wspominam nasze wspólne czytanie bajek czy poezji. Później pierwsze kroki warsztatowe na portalach literackich. Najpierw jako zwykły użytkownik, a potem jako redaktor, prowadzenie gazetki gimnazjalnej i internetowej. W czasie maturalnej klasy zaczęłam chodzić na spotkania literackie w Szczecinie, podczas których poznałam członków szczecińskiego Związku Literatów Polskich. Swoim wsparciem otoczyli mnie wtedy, i co trwa do dziś, Róża Czerniawska-Karcz oraz Leszek Dembek, którzy swoimi wskazówkami prowadzili mnie po literackim szlaku Szczecina i dzięki którym udało mi się zadebiutować w Książnicy Pomorskiej w sali im. Stefana Flukowskiego. A dziś…. to ja w tej samej sali prowadzę spotkania z debiutantami…. Wiele rozmów odbywałam w tym czasie również z Danutą Romaną Słowik,dzięki której dwa lata temu miałam okazję być wystawcą na Miasteczku Literackim, co również bardzo miło wspominam, bo od tamtego spotkania zaczęłam rozkręcać się z wywiadami, no i założyłam Magazyn Kulturalny Horyzont. Ale nie rozwodząc się już bardziej, sądzę, że tu, gdzie jestem, udało mi się dojść, jak wspomniałam, dzięki Mamie i mojej upartości w dążeniu do marzeń. Pomogła mi też ciężka praca i nie poddawanie się pomimo wielu chwil zawahania.

To piękne mieć pasję i od lat nieustannie ją nie tylko pielęgnować, ale walczyć tym, by móc wokół niej zbudować swoją przyszłość!
To bardzo ważne co mówisz. Życie bez pasji byłoby po prostu bezsensowne i płytkie. Ja bez pisania i czytania nie potrafiłabym żyć. Bez tej całej otoczki wydarzeń i sztuki, nie tylko tego, co sama organizuję i tworzę. Skupiając się na stricte na pisaniu, to muszę wspomnieć, że już w wieku 6 lat bawiłam się w pisarkę. Wyglądało to mniej więcej tak, że brałam blok rysunkowy, wstążki, nożyczki, kredki, ołówek i gumkę oraz dziurkacz (wtedy nie wiedziałam ja to się nazywa, ale był mi niezwykle przydatny – śmiech) i ulubioną książka z bajkami, a następnie przepisywałam na blok ulubione fragmenty, dodając tam moje rysunki. Oczywiście, jak na profesjonalistę i perfekcjonistę przystało, robiłam też samodzielnie „projekt” okładki podpisując się imieniem i nazwiskiem. Potem dziurkowałam to i związywałam, aby przypominało książkę, po czym biegłam do mamy z radosnym krzykiem – zobacz, jestem pisarką, mam swoją książkę! – aż żal, że mój dziecięcy debiut się nie zachował, ale może też i dobrze, bo jak to tak, zaczynać karierę z plagiatem? {śmiech}

Przez te wszystkie lata nie przychodził Ci żaden inny pomysł na siebie? Żadnego planu B, czy K?
Prócz zostania pisarką, jak wspomniałam wcześniej, w późniejszym okresie dorastania planów miałam wiele. Zawdzięczam to przede wszystkim temu, że mam tysiące pomysłów na minutę i wiele postawionych sobie celów do osiągnięcia, do których dążę krok po kroku. Kiedyś, jeszcze w czasach gimnazjalnych marzyłam o tym, by zostać nauczycielką angielskiego albo polonistką, ale mój brak cierpliwości zweryfikował te plany. W tym samym czasie, uskuteczniając kolejne, nieco dojrzalsze niż w dzieciństwie próby pisania, zapałałam pasją do dziennikarstwa. Zaczęło się od warsztatów dziennikarskich i bycia przez rok redaktorką gazetki gimnazjalnej, której potem stałam się naczelną. W tym samym czasie równolegle powstawał w sieci Teenager – teraz, po latach, śmiało mogę powiedzieć, że był to taki protoplasta obecnego Horyzontu. Niestety wydane zostały tylko 3 numery Teenagera, zaś sama inicjatywa po skończeniu przeze mnie gimnazjum, umarła śmiercią naturalną, ale gdzieś przez cały czas nie dawała mi spokoju, aż do studiów. Na nich właśnie, jeszcze na licencjacie zachciało mi się z kaprysu spróbować sił jako tłumacz poezji, co można zobaczyć w kilku zagranicznych antologiach poetyckich, jednak na razie zaniechałam tego. Poezja nie jest tak łatwa do tłumaczenia, jak mogłoby się zdawać, więc postanowiłam dalej szkolić swoje umiejętności językowe. W tym miejscu muszę wspomnieć, że uwielbiam twórczość i tłumaczenia Stanisława Barańczaka i motywuje mnie to, aby poszerzać swoje horyzonty w tym temacie. Obecnie moim głównym i ostatecznym celem jest zostać dobrym i rzetelnym dziennikarzem oraz specjalistą do spraw Public Relations, w obu tych kierunkach staram się od kilku lat sukcesywnie nabierać doświadczenia. Zauważalne jest na pewno to, że wybierane przez mnie zawody związane są ściśle albo z pisarstwem albo z kreatywnością i artyzmem – więc, chyba nie uda mi się od tego uciec. (śmiech)

Wspomniałaś, że założyłaś „Horyzont” – chciałaś mieć swoje miejsce w sieci, gdzie będziesz mogła pisać i zarażać miłością do pisania innych?
Horyzont jest wytworem mojego marzenia, mogę nawet powiedzieć, że powstał z kaprysu. Ot, jak wspomniałam wcześniej, zachciało mi się mieć redakcję, która kiedyś będzie nie tylko miała swoje profesjonalne biuro, ale również będzie w czołówce mediów w naszym kraju. Stworzyć taką grupę ludzi, jedyną w swoim rodzaju. Dla której Horyzont nie tylko będzie prawdziwą możliwością rozwoju, ale też która będzie stawiała na swoją indywidualność. A zwłaszcza dbała o rzetelność w swoich artykułach, co w obecnych czasach jest wręcz cudem. Bez politycznej czy religijnej nagonki, której założę się, że wszyscy mamy już coraz bardziej dosyć. Może trochę to utopijna wizja – cóż…w końcu jestem artystką {śmiech} – ale też w pewnych aspektach nie niemożliwa do wykonania. Z resztą po części już to osiągnęłam, bo ludzie,z którymi współpracuję są naprawdę świetnym i różnorodnym zespołem. Drugą motywacją, mniej utopijną było, tak sama powiedziałaś po prostu stworzenie „miejsca” w Internecie, które będzie motywowało ludzi do wyjścia z szuflady, pokazania się, spróbowania czegoś nowego, poszerzenia swojego horyzontu. Chciałam też pokazać, że można zrobić coś fajnego, że warto ruszyć się z kanapy i wykorzystać czas studiów na rozwojowe i ciekawe rzeczy, które zaprocentują na przyszłość. Wiem, że wiele osób czy to z uczelni czy z innych sfer nie do końca wierzyło w Horyzont, ale pokazałam, że jeśli się chce i jest się konsekwentnym, to można osiągnąć naprawdę wiele.

A czy jest jakaś redakcja, jakiś portal czy gazeta, którą chętnie czytasz, która Cię inspiruje i która byłaś dla Ciebie wzorem w tych „utopijnych wizjach”?
Jeśli chodzi o prasę, jaką czytam, to wskazałabym na pierwszym miejscu Charaktery, to hobbystycznie, czasem wpadnę w Empiku na Zwierciadło, jakkolwiek dwuznacznie to brzmi. Z bardziej branżowych to My Company oraz Social Media Manager. Nie będę ukrywać, że teraz zdecydowanie czytam mniej prasy, a więcej właśnie artykułów w internecie. I, jeśli miałabym wskazać portale czy fanpage, na które zaglądam, to na pewno PR bez krawatów, Social Media Now, czy Wirtualne Media. Rzadko, ale zdarza mi się też czytać czasopisma literackie, które niestety są bardzo niszowe. Smutne, ale prawdziwe. Ostatnio po dłuższej przerwie wróciłam do regularnego czytania książek, co bardzo mnie cieszy. Trochę z tęsknoty po czytelniczych “podróżach”, a też nieco z przymusu współpracy z wydawnictwami i prowadzeniem autorskiej strony.

Dobrze, że nie w pisaniu!
Z tą przerwą w pisaniu to muszę polemizować sama ze sobą. Z jednej strony przerwa w pisaniu była, z drugiej nie, zależy przez jaki pryzmat spojrzę. Był taki okres na drugim roku studiów, że poezji czy prozy nie pisałam prawie wcale. Bywały jakieś tam przebłyski na wiersze, ale królowała w tym czasie publicystyka. To był czas, kiedy dostałam bakcyla na wywiady, reportaże, od czasu do czasu pisałam krótkie artykuły czy recenzje na zlecenia. Czułam się lekko wypalona poetycko, o prozie już nie mówiąc. Nie miałam, jak to powszechnie się mówi inspiracji, a przecież goniły mnie terminy do antologii, więc musiałam coś czasem z siebie lirycznego wykrzesać. Zmiana nastąpiła w tym zeszłym roku, gdzie padł mój rekord i w miesiąc udało mi się napisać i tu uwaga, aż 30 wierszy do nowego tomiku. Wraz z moją z koleżanką po piórze Małgorzatą Hrycaj tylko liczyłyśmy, który to już z kolei wiersz i obie nie mogłyśmy się nadziwić ile ich wyszło.To była chyba nadwyżka za tamten zastój! (śmiech)

Piękna liczba!
Innym osobistym rekordem, było napisanie w 2014 roku bajki dla dzieci na około 100 stron pt. Wiewiórze historie ze starego modrzewia, która być może kiedyś ujrzy światło dzienne w postaci wydanej książki. Też zajęło mi to ponad miesiąc wraz z późniejszą korektą i składem. Nie był to mój literacki kaprys, a postawione wobec mnie wyzwanie przez koleżankę po piórze. I jeśli pytasz mnie, czy kiedykolwiek miałam dość pisania, to podczas pracy nad tamtą bajką miałam i to nie raz. A szczególnie dwóch rozrabiających wiewiórek. (śmiech) Praca była o tyle trudna, że dzieci są wymagającymi czytelnikami i o ile (nie obrażając oczywiście nikogo) dorosłym da się wcisnąć wszystko, to dzieci już tak łatwo nie da się „kupić”, jeśli coś w bajce nie gra, na pewno to wyczują.

Ciągle myślę o Twoim portalu, o zapale i miłości do tego, co robisz. Czym „Horyzont” różni się od większości miejsc w internecie?
Atmosferą, to przede wszystkim. Tu każdy ma swoje miejsce, możliwość pokazania się, bycia zaakceptowanym i wysłuchanym w pełni, chociaż wiadomo, czasem zdarzają się małe spięcia. Tego się uniknąć nie da, ale to jeszcze bardziej nas cementuje. Staram się, aby każdy z członków redakcji mógł się rozwijać oraz wnosić coś do Horyzontu, chociaż to trudne przy niemal 30 osobach, które na dodatek są porozrzucane po Polsce, by podchodzić do każdego indywidualnie. Jako redaktor naczelny jestem szefem dbającym o konsekwentność w działaniu redaktorów i swoim również, bo w końcu muszę dawać przykład, chociaż przyznam bez bicia, że i mi od czasu do czasu zdarzy się z czymś nie zdążyć lub coś zawalić, też w końcu jestem człowiekiem. Dlatego pomimo, iż wymagam, to staram się być wyrozumiała. Kieruję magazynem w myśl tego, by być dla redaktorów liderem, ale też przyjacielem, do którego zawsze mogą się odezwać, jeśli jest potrzeba. I sądzę, że to właśnie jest siłą Horyzontu – więź, jaka nas łączy. Jesteśmy jak rodzina. Wspieramy się, czasem krytykujemy, prowadzimy dyskusje na temat ulepszania magazynu. Nie bawię się w jakieś korporacyjne plany zarządzania Horyzontu, owszem mamy hierarchię w postaci zarządu, szefów działów, ale praca w magazynie ma przede wszystkim dawać radość i spełnienie, możliwość pokazania się i poznania nowych ludzi, a nie być pracą jedynie dla wyników. Często prowadzimy też rozmowy na temat tego, jakie umiejętności redaktorzy chcieliby rozwijać. W planach na przyszły rok mamy organizację warsztatów dziennikarskich, z zakresu komunikacji i budowania marki oraz rozwoju osobistego. Obecnie jednak skupiamy się na organizacji naszych cyklicznych wydarzeń kulturalnych, do których należą przede wszystkim tematycne slamy i performance’y organizowane w Starej Rzeźni. To duże przedsięwzięcia łączące w sobie wiele rodzajów środków wyrazu i stylów, począwszy od muzyki, tańca, śpiewu, po poezję, malarstwo, teatr. I to nas właśnie wyróżnia. Mogę śmiało pochwalić się tym, że jesteśmy jedną grupą w Szczecinie organizującą tego typu wydarzenia, które ku mojej uciesze nabierają coraz większego rozgłosu w naszym mieście. Czego dowodem może być relacja w TVP3 Szczecin z zeszłego roku. I na pewno wyróżnia nas też to, że jesteśmy grupą naprawdę zwariowanych, utalentowanych i świetnych ludzi, którzy kochają to co robią. A ja jako redaktor naczelny mogę powiedzieć jedno, że wierzę w ludzi, z którymi pracuję i w projekt który tworzę. Nawet pomimo, iż czasem mam ochotę siebie I niektórych wytargać za uszy. (śmiech)

Zapewne patrząc z perspektywy tych trzech lat to „Horyzontu” bardzo się rozwinął i dojrzał razem z Tobą.
Podchodzę do Horyzontu trochę tak, jak do pierwszego dziecka. Chciałabym, aby „wyrósł” na poważny magazyn. Dbam przede wszystkim o dobrą atmosferę w Horyzoncie, bo żadna organizacja, nawet ze świetnie przemyślanym biznesplanem nie osiągnie sukcesu bez dobrej komunikacji i atmosfery w zespole.Trzy lata dały mi dużo i bardzo mnie zmieniły. Można powiedzieć, że nieco wydoroślałam, dzięki odpowiedzialności, jaka na mnie wisi. Od każdej z osób, która jest lub była w Horyzoncie czegoś się nauczyłam i wciąż się uczę. Zwłaszcza nabieram doświadczenia w zarządzaniu ludźmi, co przyda mi się w późniejszym wykonywanym przeze mnie zawodzie. Muszę przyznać, że to trudna sztuka, szczególnie, kiedy mam do czynienia z osobami mających tak odmienne osobowości. Ta różnorodność jest zarazem piękna, idąca w nurt naszego hasła „poszerzamy horyzonty”, a z drugiej strony bywa czasem niełatwa do pokonania, ale, że lubię wyzwania, więc metodą prób i błędów staram się zarządzać pismem, jak potrafię najlepiej – i chyba nawet mi to wychodzi. {śmiech}

Wychodzi! I to niesamowicie dobrze biorąc pod uwagę Twój wiek i brak początkowego doświadczenia!
Muszę przyznać, że to co działo się od powstania Horyzontu i to co dzieje się teraz, naprawdę przeszło moje oczekiwania. Nie sądziłam, że to wszystko tak się rozwinie. Szczęście dopisywało nam już od początku, chociaż nasze raczkowanie usłane było ogromnym stresem, niekiedy kłótniami, zmianami, czy rozstaniami. Nie raz miałam ochotę rzucić to wszystko, dać sobie spokój, ale zawsze wygrywał mój upór i to, że widziałam, iż otaczają mnie naprawdę świetni ludzie. Trzymało się mnie uczucie, że po prostu warto. Przez pierwszy rok szukaliśmy swojej drogi, jak mówiłam, uczyliśmy się nie tylko jak być dobrymi dziennikarzami, ale też jak zarządzać pismem. Najważniejsze było nauczyć się pracować ze sobą, poznać swoje nawyki, zrozumieć siebie nawzajem. Teraz działamy bardziej przemyślanie, wiemy, czego chcemy, wyciągnęliśmy wnioski z popełnianych błędów. Wszyscy czujemy, że jesteśmy na właściwej drodze, ale nie spoczywamy na laurach. I gwarantujemy, że Horyzont jeszcze nie raz będzie potrafił zaskoczyć swoich czytelników.

W 2013 roku wydałaś debiutancki tomik w którym można było znaleźć bardzo dużo wierszy!
Nad pierwszym tomikiem pracowałam około dwa, a nawet trzy lata. Często zmieniałam koncepcje, ilość utworów, nazwy działów w jakie są pogrupowane, jak i ilustracje. Stałe było zawsze jedno, nazwa tomu. Nie pytaj dlaczego akurat Ars Poetica, po prostu tak czułam, że to jest taka sztuka pisania nie tylko jakiejś tam mojej imaginacji i inspiracji zamienionej w wiersze, ale przede wszystkim gdzieś tam też mojego życia. Nie ukrywam, że tomik w ¼ jest biograficzny. Ars Poetica to nie tylko moje pierwsze literackie dziecko, jak to się przyjęło ładnie nazywać, ale też i nauczka. Nigdy nie ukrywałam, że nie do końca został wydany tak, jak tego chciałam, ale tu wina już leży po stronie wydawcy, nie mojej. Po czasie patrząc teraz na wiersze, które są w nim zawarte, trochę bym niektóre zmieniła. Ale one były adekwatne w tamtym czasie. Taki miałam styl, taka byłam, takie miałam poczucie estetyki i poezji. Więc pozwalam im zostać takie jakie są. Nie planuję też reedycji tego tomu. To już zamknięty rozdział. Zmieniłam się, co za tym idzie zmieniło się też moje pisanie, wrażliwość artystyczna i to, jak widzę i opisuję świat. Więc lepiej iść w stronę nowego, niż cofać się i poprawiać coś, co jest takie, jakie ma (miało) być.

Na przyszły rok zapowiedziałaś premierę swojego drugiego tomu Rozmowy nocą – być może jesteś jedną z tych artystek, która całkowicie przesiąka tym co robi i nie jest w stanie bez tego żyć?
Jeśli chodzi o Rozmowy nocą, to jest to zbiór, który praktycznie pisze się, jakby poza mną, jakkolwiek to brzmi. I zadziwia mnie. Nie sądziłam, że mogę wznieść się w swoim pisaniu na, aż tak wysoki poziom. Znaleźć w sobie całkiem inne, nieznane mi dotąd spojrzenie. Pokusić się o aż takie słowotwórstwo. Zaskoczyć tak mocno samą siebie. I żeby nie wzięte zostało to co mówię za narcystyczne, to osoby, które śledzą moje poczynania i ze mną rozmawiają, wiedzą, że jestem bardzo surowa odnośnie swojego warsztatu. I śmiało mogę przyznać się, że zdarzało mi się pisać gorsze wiersze, ale w Rozmowach nocą jest coś czego nie umiem opisać. Te wiersze są dla mnie ogromnym przełomem, można powiedzieć takim nowym lirycznym „ja”. Bardzo różnią się od Ars Poetici, szczególnie dojrzałością. I w odróżnieniu od pierwszego tomu, swojego protoplasty, będą skupiać się przede wszystkim, jak sam tytuł już wskazuje, na relacjach międzyludzkich. Duży nacisk kładę w nim na psychoanalizę. Na więzi, które w magiczny sposób, mówiąc już literackim językiem, spajają ze sobą ludzi. Będzie trochę o miłości, ale nie tylko, bo jak wiadomo miłość to nie jedyna relacja, ale większość albo do niej się skłania albo od niej wychodzi w różnych formach. I co ważne, każdy przecież jej poszukuje. W tym tomie rozbieram psychikę człowieka na czynniki pierwsze. Tworzę historie, w których dialogami bohaterów są ułożone po sobie wiersze. Nie zawsze pozostawiam czytelnikowi otwartą przestrzeń. W niektórych wierszach jest sytuacja, wybór i konsekwencja tego wyboru – tak jak w życiu. Jak mówiłam w Ars Poetice ¼ była autobiograficzna, inna część inspirowana ulubionymi artystami lub całkowicie wymyślona i spontaniczna. W tym tomie wszystko jest zaplanowane. Jest wynikiem mojej obserwacji i ciekawością ludzkich zachowań i uczuć, bez osobistego wkładu. Odbiciem nas wszystkich. A dlaczego nocą? Uprzedzając Twoje następne pytanie. Bo kiedy rozum śpi budzą się refleksje….a z nich powstają upiory… to znaczy wiersze. (śmiech)

Słucham Cię z wielki zafascynowaniem i ciekawością. Widać jak bardzo kochasz to co robisz i jak wiele sprawia Ci to radości. Zastanawia mnie jedno, w czym czujesz się najlepiej – proza, poezja, opowiadania, artykuły, wywiady, czy może bajki dla dzieci? Wszystko wymaga całkowicie odmiennych zdolności i umiejętności kreatywnego tworzenia literackiej przestrzeni, a Ty we wszystkim odnajdujesz się jak ryba w wodzie.
Jak tak wymieniasz, to patrzę z przerażeniem, że ja to faktycznie wszystko piszę. (śmiech). Jednak nie mam jakiegoś przymusu w sobie, aby stać się wieszczem, czy pisarzem bestsellerów, bo to dwie różne rzeczy, ale ja nie o tym. Najlepiej czuję się w poezji, ilekroć chcę od tej poezji uciec, nie szufladkować się nią, ta uparcie i tak do mnie wraca. A ja? Cóż, witam ją oczywiście ulubioną herbatą, cóż mogę więcej? Proza to zależy. Bowiem mam czasem trudność z pracą nad dłuższymi opowiadaniami, ponieważ w trakcie albo tracę gdzieś koncept albo zaczyna mi się nieco mieszać, zwłaszcza jak wracam do pracy nad nimi po dłuższej przerwie. Dlatego od jakiegoś czasu nie piszę już spontanicznie, tak jak robiłam to na początku, a tworzę szkice postaci, planuję bardziej wątki, aby miało to jakiś ład w sobie. Ciągle wracam do swojego szkicu książki, którą zaczęłam kilka lat temu. Zaczynałam, odkładałam ją, aż teraz coraz bardziej wszystko mi się do niej układa, więc uważam, że to jest ten moment, w którym po prostu do niej dorastam. A raczej do tego, by ją w końcu skończyć. Publicystyka jest mi bliska ze względu na zawód. Mniej już piszę artykułów, felietonów, czy reportaży. Rozkochałam się w przeprowadzaniu wywiadów i to absorbuje mnie teraz najbardziej, zwłaszcza, że nie tylko daję w nich otwarte pole rozmówcy, ale sama mogę też wykazać się niesztampowymi pytaniami, a dobry wywiad wbrew pozorom to też sztuka! Przyjemnie pisze mi się bajki dla dzieci, bo to pozwala mi odkrywać całkiem inne patrzenie na świat przez ich pryzmat. Tak, jak to miało miejsce w Małym Księciu, który był moją ukochaną lekturą. Ale pomimo jego niejednokrotnego przeczytania, do dzisiaj nie nauczyłam się rysować się baranka. (śmiech).

Wywiady to niewątpliwie najpiękniejsze zadanie, jakie można dostać!
Jak wspomniałam kiedyś w jednym z wywiadów, pierwsze rozmowy przeprowadzałam dla gimnazjalnej gazetki, którą w tamtym czasach prowadziłam. Ale były to wywiady z nauczycielami czy krótkie sondy z uczniami. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, niby nic wielkiego, ale dającego zarazem możliwość przełamania się. Tak na poważnie wywiady przeprowadzam od czasu prowadzenia Horyzontu. Na początku studiów licencjackich zdarzało mi się w ramach stażu robić mini-wywiady na potrzeby jakiegoś artykułu, audycji czy programu do Kroniki. Ale to Horyzont dał mi największe możliwości na ich przeprowadzanie. Taki paradoks, że zyskałam to nie dzięki dużym redakcjom, w których pracowałam, a dzięki stworzonym przez siebie samą perspektywom.
Cały czas nie dowierzam, że tyle osiągnęłam i tak daleko zaszliśmy jako magazyn, i wiele jeszcze przed nami. Mój pierwszy wywiad, który wspominam najbardziej jako przełomowy, kiedy najbardziej poczułam, że to właśnie to, był z moją ulubioną poetką Ewą Lipską. Kosztowało mnie to wiele odwagi. Do dzisiaj czuję dumę i cieszę się, że się udało. A zwłaszcza to, że wciąż się w tym rozwijam i uczę podejścia do różnego rodzaju rozmówców.

Jak się czujesz w roli osoby zadającej pytania i mogącej odkrywać ważne osobistości od całkiem innej strony?
Dla mnie to coś w rodzaju niesamowitej przygody duchowej. Ciekawe doświadczenie, kiedy widzi się i rozmawia z kimś, kogo zna się ze srebrnego ekranu z określonego wizerunku, a na żywo okazuje się całkiem inną osobą. Co ważne, należy patrzeć na nich po prostu jak na normalnych ludzi, bo pod maską gwiazdy, każdy z nich, kiedy zgasną reflektory, jest taki jak my – zwykły, z problemami, radościami, po prostu ludzki. W większości przypadków ten kontakt był naprawdę miły, chociaż zdarzyło mi się raz czy dwa razy, że dana osoba w mediach pokazywała się jako sympatyczna, tolerancyjna, właściwie anielska, a w kontakcie bezpośrednim było całkowicie odwrotnie.

Czy zdarzyło Ci się, że ktoś Ci kiedyś odmówił?
Muszę przyznać nieco niepokornie, że od początku nikt mi nie odmawiał i zawsze śmiałam się, że w końcu ten „pierwszy raz” musi nadejść, że ktoś się w końcu wyłamie. Żartowałam do mojej przyjaciółki Anety Benewiat, szczecińskiej malarki czy innych znajomych, których czasem brałam za kulisy moich wywiadów, że „no przecież mi się nie odmawia” i paradoksalnie czekałam na ten moment. Byłam ciekawa, kto w końcu powie “nie”. I, o dziwo, na wszystkie wywiady, które przeprowadziłam, a było ich już sporo, odmówił mi tylko do tej pory Marian Opania. Co śmieszne, miałam szansę wywiadu z Magdą Gessler, podczas pierwszego przyjazdu do Szczecina, kiedy nagrywała Kuchene Rewolucje w Aramii, ale akurat musiałam wtedy wyjechać, a kiedy ja byłam w Warszawie, tym razem ona znów wyjechała w trasę nagraniową. I tak się mijamy. Cóż może kiedyś się uda. Na pocieszenie na Horyzoncie można będzie niedługo przeczytać wywiad z Mateuszem Gesslerem, więc w pewnym sensie mi się udało (śmiech).

Jest jakiś wywiad, który miał dla Ciebie szczególne znaczenie?
Każdy wywiad ma dla mnie znaczenie, ponieważ coś w moim życiu zmienia, czegoś mnie uczy, jest, jak już mówiłam dla mnie przygodą. Bardzo miło, co podkreślam zawsze, kiedy ktoś zadaje mi to pytanie, wspominam rozmowy z Mirosławem Zbrojewiczem, który jest dla mnie po prostu tak cudownym i szczerym człowiekiem, takim można powiedzieć „dobrym kumplem”; Ewą Kasprzyk, którą podziwiam za klasę i otwartość; Grzegorzem Pawlakiem, który ma w sobie tyle pozytywnej energii, że mógłby nią zasilać co najmniej dwie Warszawy albo i więcej. Z ostatnich to rozmowę z Cezarym Harasimowiczem, która była dla mnie zaszczytem i Katarzyną Piasecką, z którą wymieniałyśmy się żartami o podróżach. A czy się stresuję? Na początku bardzo się stresowałam, aż w trakcie czasem łamał mi się głos czy gubiłam się w pytaniach, co bardzo przeżywałam później, pomimo że zawsze obracam takie sytuacje w żart. Obecnie podchodzę do tego bardziej na luzie, dzięki doświadczeniu. I pod żadnym pozorem nie myślę „WOW, zaraz porozmawiam z gwiazdą!”. Zawsze moich rozmówców traktuję z szacunkiem, na równi, jak normalnych ludzi i mówiąc kolokwialnie „nie jaram się”, że to idol z ekranu. Bo to tak, jakbyśmy z tych ludzi robili istotny nadludzkie, bożków, którzy są jakoś lepsi od nas. A tak wcale nie jest. Może nieco wyłamuję się spoza kanonu dziennikarstwa tabloidowego i szukania sensacji. Przeprowadzam wywiady przede wszystkim, aby czegoś się dowiedzieć, wzbudzić refleksję, pokazać rozmówcę z innej strony, a nie szukać skandalu, wyciągać brudy. Mam czasem takie odczucie, że nie jestem takim typowym dziennikarzem. A może po prostu lubię rzetelność i szczerość….? To pozostawię do oceny już czytelnikom po lekturze moich wywiadów.

I zapewne jest też rozmowa, której nie udało Ci się odbyć, chociaż bardzo niej marzyłaś..
Tak. Bardzo żałuję, że nie będę mieć już możliwości rozmowy ze Zbigniewem Wodeckim. Pomimo, że mija niedługo rok od jego odejścia, nadal czuję jakiś smutek i niedowierzanie na myśl, że nie ma go już z nami. Pocieszam się jedynie myślą, że w dzieciństwie udało mi się go kiedyś spotkać podczas rodzinnych wakacji. Często, kiedy piszę włączam sobie jego muzykę, poprawia mi bardzo nastrój i inspiruje. Tak samo żałuję, że nie wykorzystałam swojej szansy na spotkanie ze Stanisławem Barańczakiem, ale niestety w życiu nie można mieć wszystkiego.

Zdradź nam proszę, czy masz jakiś złoty przepis na sukces? Co zrobić, aby mieć w sobie tyle siły i samozaparcia?
Jeśli chodzi o poszukiwany wszędzie „złoty klucz” do sukcesu czy ten nieszczęsny przepis, to uważam, że każdy powinien mieć swój. I powtarzając opinie wielu ludzi, aby osiągnąć sukces trzeba po prostu pracować nad sobą i dążyć do tego, co postawiliśmy sobie za cel. Ale to tyczy się spraw zwłaszcza, dotyczących kariery. Trzeba zwrócić uwagę na to, że sukces ma nieskończenie wiele definicji – dla jednego sukcesem może być dobra praca, pieniądze, duży dom, czyli to co materialne. Dla innego, zaś uśmiech szczęśliwych bliskich, powrót do zdrowia po ciężkiej chorobie, świeżo upieczony chleb po setnej próbie i wcześniejszych zakalcach czy przemiana duchowa, dlatego tego „przepisu” najlepiej szukać wewnątrz siebie i iść za tym, czego chcemy.

Tobie się udało znaleźć ten klucz!
Co do mojej siły i samozaparcia, to i mnie czasem dopada leń i przytulaśne „niechcemisie”. Wszystko to, co udało mi się osiągnąć, to co robię to rezultat wyłącznie mojego upartego charakteru, który bywa czasem nieznośny i tego, że po prostu chcę. Dużo też zawdzięczam wsparciu bliskich i przyjaciół, bo często oni dają mi tego kopniaka, kiedy mam słabszy moment. Nie zawsze wszystko mi się udaje, nie myślmy tak kolorowo, ale działając w myśl „pozytywnego działania porażki”, nie poddaję się i próbuję dalej. Inaczej, inną drogą, innym nastawieniem, inną sobą z nowym doświadczeniem. Patrząc wstecz na to co osiągnęłam i na to co się dzieje, czuję dumę z samej siebie, ale i świadomość, aby nie spocząć na laurach, bo jeszcze wiele przede mną.

Czy Anna Jakubczak ma w ogóle jakieś wady? Jakąś ukrytą ciemną stronę?
To jest bardzo ciekawe pytanie. Ideałem na pewno nie jestem, bo jak wiadomo też ideałów nie ma. Zawsze staram się pokazać z tej dobrej strony, co chyba jest naturalne. Wad nie ukrywam, ponieważ po pierwsze jestem ich świadoma, a po drugie są one integralną częścią mnie, więc ukrywając je to tak, jakbym wypierała sama siebie. Albo ktoś to zaakceptuje w całości albo nie mamy o czym rozmawiać. Jeśli miałabym wskazać jedną główną, to na pewno niecierpliwość i czasem chaotyczność. Ale ona jest już związana z moim temperamentem i znakiem zodiaku! Bo jak to zodiakalny baran miałby być spokojny i siedzieć w miejscu? Niemożliwe! A co do ukrytej ciemnej strony, pozostanę dalej tajemnicza.

I na koniec – o czym marzysz? Czego tak naprawdę pragniesz i jakie są Twoje plany na najbliższe tygodnie?
Ostatnio zdecydowałam, że nie będę mówić o swoich marzeniach, a po prostu zacznę je spełniać. Odpowiadając zatem na Twoje pytanie o moje plany, powiem jedynie, że chciałabym, aby wszystko, a przynajmniej część z tego się udała. Czas i moja determinacja pokażą, jak będzie. Zatem, życzcie mi powodzenia.

 

Aby móc na bieżąco śledzić twórczość Anny Jakubczak zachęcam do dodania do zakładki dwóch linków – blog Anny oraz Magazyn Kulturalny Horyzont. Nie pożałujecie!

Viktoria SKRZYPIEC