Idą do nas wieczne deszcze
Więc mów, proszę, do mnie jeszcze
Zanim zmyją nas z padołu.
Usiądźmy tacy towarzyscy
Tak jak bylibyśmy wszyscy
Gdyby wódka znikała ze stołu.
Wówczas śmierć przez klucza dziurkę,
Wchłonie myśli nasze ciurkiem,
Śmieje się wesoło z nami.
Ja nie wierzę wciąż, lecz muszę,
Informując swoją duszę,
Że my właśnie umieramy.
Uśmiech topi się wciąż bawiąc
Myśli mą histerią trawiąc
Się, biegając burzą ciszę
A ja, łapiąc się za głowę,
Zamiast niszczyć, tworzę nowe,
Kończąc neuronową kliszę.
Blask zdradliwy mnie oślepił
Choć szczerością swą się chełpił
Gdy zaufać należało.
Idzie do nas wieczna burza,
W towarzystwie swego stróża,
Tam wiele, tu jeszcze mało.
Więc pozdrowię jednym gestem
Jeden raz spokojny jestem,
Jeśli idzie o niepokój
Zmywa mnie z powierzchni brudnej
Wszak nastają czasy cudne,
Zostawiając święty spokój.

Robert Hałuza