Znów wracam do domu nad ranem, kładąc się z ulgą czekam na sen. Czuję pewne poczucie winy i bezbronność. Jest mi wstyd przed Bogiem, bo wiem, że mogłem ułożyć swoje życie inaczej. Mogłem porzucić stare nawyki i stanąć do wyścigu szczurów, następnie próbując się wydostać i trafić do kręgu tych nowobogackich. Hamak, rolex, relax. Mogłem też rzucić wszystko i żyć z dnia na dzień, bez dachu nad głową, za to dziwnie lekki i niepewny, choć nie jest to niepewność niepewna, lecz pewna, bez strachu i troski.

Tutaj nasuwa się jedno pytanie – czy ja się przyzwyczaiłem czy jedynie próbuję się przyzwyczaić? Czy przyzwyczajenie to niezwykły nałóg, tudzież nie jest to stan chorobowy? Zabawne, jak mało potrzeba, by się odzwyczaić. Wystarczy kilkadziesiąt dni „detoksu” i można wyrobić sobie nowe nawyki. Ale czy my w ogóle chcemy się odzwyczajać od kogoś, od czegoś? Po co mamy przypuszczać, że stan nowy, który możemy poznać nazajutrz, okaże się lepszy od dzisiejszego? Możemy być atakowani setkami problemów, a i tak będziemy brnąć w ten stan.

Jak to jest, że pomimo bezradnej sytuacji, postawić na nogi może nas czyjś głos, witający pies czy nowy odcinek ulubionego serialu? Czy to nie udowadnia właśnie, jak silną jednostką jest człowiek? Lub może przekornie jednostką słabą? Wolimy tkwić w bałaganach emocjonalnych zamiast zrobić porządek – ale nie porządek na zasadzie „to przełożę tutaj, bo chociaż nigdy mi się przyda, lubię na to patrzeć”, lecz z założeniem „zostawiam to co potrzebne – a jeśli zastanawiam się czy jest mi potrzebne, to znaczy, że nie jest”. Potem uciec z wolną głową, otwarci na nowe wrażenia, dzięki czemu możemy przeżyć życie na nowo. Nie żegnać się z nikim, nie szukać współczucia, a jedynie z nadzieją patrzeć na krople deszczu spływające po oknach pociągu.

Robert Hałuza