OTRZYJMANKIET

– Niejaki Otrzyjmankiet. – tak brzmiała odpowiedź barmana na pytanie Antona o mężczyznę, który spogląda na wnętrze baru ze zdjęcia, oprawionego w antyramę i krzywo przymocowanego do filaru podtrzymującego kontuar.

Barman uznał swoją odpowiedź za wystarczająco treściwą i odwrócił się od lady, by sprzątnąć rozsypaną na blacie z ekspresem kawę. Anton wpatrywał się w postać na zdjęciu: oparta o stół zgarbiona sylwetka niemłodego mężczyzny, w prawej dłoni kufel prawie wypitego piwa, usta rozpościerające się w szeroki łuk niezadowolenia, rozlane na opuchniętych policzkach i – zdawać by się mogło – skrzywdzone oczy. Tak, te oczy zwracają uwagę. Nie da się koło nich przejść obojętnie, a przynajmniej nie da się zwalczyć pewnego uczucia empatii, może nawet litości, patrząc na te błękitne oczy.

– Kim jest ten cały Odrzy…

– Otrzyjmankiet. – poprawił Antona barman; z zaciekawieniem odwrócił się w jego stronę, uśmiechnął się szeroko i oparł dłonie o kontuar. – A więc naprawdę nie wiesz kim jest Otrzyjmankiet…

– Gdybym wiedział to… no, może i bym zapytał. Ale po jaką cholerę…

– Więc słuchaj, młody. Otrzyjmankiet był pewną częścią historii tej zabitej dechami speluny, był jednym z wielu atomów jej istnienia.

– Mówisz „był”… – powiedział Anton, upijając łyk piwa. – Więc ten koleś kojfnął.

– Niestety. Zostało po nim już tylko to zdjęcie. Zdaje się, że właściwością ludzi wielkich jest to, że – będąc za życia niedocenianymi przeze ogół nędzarzami – po śmierci stają się obiektem ikonoklastycznych kultów, celem bałwochwalczych pokłonów. Nigdy nie wiesz, czy i na ciebie nie spadnie taka rzeczywistość po śmierci – przypadkiem pomożesz przejść przez jezdnię wyniszczonemu przez życie staruszkowi, a na twoim grobie zaczną się pojawiać chryzantemy, stawiane przez wnuczka tego staruszka, wnuczka, który wznosi przez ciebie modlitwy do Boga. Tak, zdaje się, że wielu mamy nieświętych świętych w kanonie bóstw tejże ponoć monoteistycznej religii…

– Nie w niej jedynej. – odparł Anton, nie odwracając oczu od zdjęcia. – Ale wróćmy do Otrzyjmajtka…

– Otrzyjmankieta. – poprawił barman, znużony celowym przekręcaniem przydomka bohatera zdjęcią.

– Tak, tak. Czym on się wsławił, że zasłużył na miejsce w zaszczytnym panteonie zakapiorów tej speluny?

– Niewiele wiadomo o jego życiu przed przeprowadzką do tego osiedla – nie był zbyt wylewnym człowiekiem. Przyszedł tutaj pewnego dnia – otworzył powoli drzwi knajpy i – chcąc udawać pewny siebie krok – przeszedł od wejścia do lady. Jego oczy jednak zdradzały jakąś niepewność siebie, niepewność o przyszłość, a jednocześnie zdradzały przeszłość pełną rozterki i mimochodem, niemal niezauważalnie przebytego cierpienia i stresu. Stali bywalcy oczywiście zmierzyli go wzrokiem od stóp do głów, gdy ten podchodził do lady. Nieco przygarbiony pochylił się jeszcze bardziej i zamówił lane piwo z kategorii tych najgorszych. Wyciągnął sakiewkę z kieszeni i monetami o nominałach nie przekraczających pięćdziesięciu groszy zapłacił za zamówienie. I siedział tak przy tym barze, o, tu, krzesło obok ciebie, i sączył powolutku swoje piwo tak, jak sączył powolutku dotychczas swoje życie…

Pewnie nikt nigdy by nie doznał bardziej obecności tego człowieka, gdyby nie wpadł tu Mundek… Och! Takiego to ja go jeszcze nie widziałem… W ogóle dawno go nie widziałem; nie przyłaził tu już od wielu tygodni. Powiadali, że zszedł się z jakąś dziewczyną, zakochał się chłopaczyna i gotów byłby dla niej planety kosmosu wraz z ich księżycami w naszyjnik nanizać… Wiesz pewnie jak to jest, gdy lazur kobiecych oczu zatopi twoją duszę i skradnie ją w czeluści serca…

Wpadł więc Mundek – cały czerwony jak zachodzące słońce, oczy nieobecne, pełne łez, wsadzone w oczodoły jak kula bilardowa w łono łuzy; i jak nie krzyknie przeciągle, że to już koniec!… Knajpa umilkła, wszyscy na Mundka przenieśli wzrok, i pewnie niektórym już w gardłach wrzała szydercza uwaga na temat dziewczyny Mundka, gotowa w każdej chwili wyjść w gęste powietrze speluny, by je rozrzedził śmiechem i uspokoić atmosferę, gdyby Mundek nie wyjął zza pazuchy pistoletu… No, nikomu nie było spieszno do trumny przez jakieś Mundkowe widzimisię, więc go tylko odprowadzili wzrokiem aż do samej lady, gdzie połykając łzy, łamanym głosem zamówił pół litra.

– Dwa kieliszki daj. – powiedział do mnie, gdy postawiłem mu przed nosem flaszkę i szkło.

– Z dwóch będziesz? Co – wypijesz i przepijesz? – spytałem.

– Nie. – odwrócił się w stronę w ogóle nie zaabsorbowanego sytuacją Otrzyjmankieta. – Z nim wypiję. – i jakby z pewną dozą groźby pomachał w jego kierunku pistoletem. Otrzyjmankiet nawet się nie spojrzał. Wziął łyk piwa z pewną siebie obojętnością.

Mundek wziął flaszkę w tę dłoń, w której trzymał spluwę, a na palce drugiej jak naparstki włożył kieliszki, przeszedł parę metrów w stronę Otrzyjmankieta, usiadł, ułożył szkło i wlał wódkę.

– Pij. – zaordynował głosem nie znoszącym sprzeciwu, a Otrzyjmankiet bez namysłu usłuchał. Odstawili puste kieliszki, które Mundek raptem napełnił.

– Widzisz, kolego… raz ma się szczęście, które się nie trafia… czy jak to tam szło… no, zdrowie. – unieśli swoje kieliszki, wypili, Mundek znowu napełnił.

– Kobiety… – powiedział łamiącym się głosem, po czym prychnął na bok jak koń. – No, to zdrowie tych, które nas kochają. Niech wiedzą, że my tak szybko nie odchodzimy. – osuszyli kieliszki, a Mundek znowu polał.

– No, kolego, co tak nic nie mówisz? – spytał wpatrując się głęboko w oczy Otrzyjmankieta, ale odpowiedziało mu tylko jego milczenie, splecione z podjęciem kufla piwa do ust.

Chyba ten znak ignorancji zdenerwował Mundka; nagle bowiem wymierzył spluwę prosto między oczy Otrzyjmankieta. Cała sala zamarła w bezruchu i absolutnej ciszy. Nie miałem nawet odwagi sprzeciwić się tej sytuacji; Mundek poczerwieniał, zaczęła trząść mu się graba, a Otrzyjmankiet, ze stoickim spokojem, dalej wpatrując się w Mundka, oblizał tylko górną wargę.

Nie wiem, czy ten ruch zadecydował o tym, co się później wydarzyło, czy po prostu Otrzyjmankiet wygrał tę dziwną, psychologiczną wojnę nerwów, w trakcie której to na jednej z szal ważyło się jego życie. Przerażeni gwałtownym ruchem Mundka bywalcy knajpy rzucili się pod stół, rzucając bojowe, brawurowe przekleństwo, a Mundek upuścił broń na blat kontuaru i zakrył twarz dłońmi. Po chwili salą wstrząsnął ogromny szloch Mundka, a między palcami zaczęło przeciskać się łzy.

Niczym nie wzruszony Otrzyjmankiet dopił swoje piwo, uniósł kieliszek Mundka, rozwarł skorupę z dłoni na jego twarzy i wręczył mi jego szkło, po czym sam uniósł swoje. Wypił. Zaskoczony tym spokojem, niespodziewaną reakcją swojego rozmówcy Mundek również wypił swoją dolę.

I wtedy stało się to, co zadecydowało o przynależności Otrzyjmankieta do – jak raczyłeś się wyrazić – zaszczytnego panteonu zakapiorów tej speluny.

Obaj odłożyli swoje kieliszki, na twarzy Mundka dalej szkliły się łzy; Otrzyjmankiet podwinął swoją kurtkę i mankietem swojej białej koszuli otarł łzy z twarzy Mundka.

– No tak, stąd Otrzyjmankiet! – Anton, słuchający z zaciekawieniem historii barmana, wykrzyczał swoją „eurekę”, po czym klepnął się otwartą dłonią w czoło.

– No, a ty, chłopie, myślałeś, że skąd? – spytał barman, tym samym urywając snutą przez siebie opowieść. Przez chwilę w milczeniu przecierał ściereczką ladę.

– No… i co dalej? – spytał niecierpliwie Anton.

– Ano nic; cała speluna rzuciła się jak jeden mąż do lady, wszyscy pozamawiali kolejki na cześć tego wydarzenia, a Mundek wydawał się być wyleczonym z melancholii.

– Co? Po jednym przetarciu łez mankietem?!

– No, cud, prawda? A ty myślisz, że po co umieszcza się wielkie lub święte osobistości w zaszczytnych miejscach? Dla cudów, chłopie, dla cudów…

– No tak… Dla cudów…

Anton zapłacił za piwo, pożegnał barmana i wyszedł. Chwilę później na jego miejscu usiadł inny mężczyzna.

– No, cześć, Mundek! Kopę lat! Co tam? – zapytał barman.

– A, po staremu. – odparł Mundek. – Daj piwo. Coś ty tak długo gadał z tym młokosem?

– A, pytał o to zdjęcie. – barman wskazał na fotografię Otrzyjmankieta.

– O zdjęcie tego lumpa? I co tym razem wymyśliłes?

– Nie uwierzysz, stary! Ten idiota uwierzył, że ten lump to niejaki Otrzyjmankiet, który jednym otarciem łez mankietem białej koszuli pocieszył melancholika!

Obaj mężczyźni gromko się zaśmiali. Barman skończył nalewać piwo.

– Pięć złotych… A w ogóle to opowiadaj – co u ciebie? Tak dawno cię tu nie było. Jak ta twoja panienka? Dalej zakochani po kraniec istnienia? Dalej supłasz planety i księżyce kosmosu w śliczny naszyjnik dla niej?

Mundek spochmurniał.

– Zaraz ci wszystko opowiem. – odpowiedział łamiącym się głosem. – Tylko polej mi jeszcze setkę…

29.03.17 r. Rzeszów
Artur ŻOŁĄDŹ