Jestem wielką fanką seriali. I tych uczących tolerancji (jak chociażby „Atypowy” o chłopcu z autyzmem, „The good doctor” o lekarzu także z autyzmem), przepełnionych medycznymi wątkami („Chirurdzy” i „Dr House”), rozwiązujących tajemnicze zagadki („Belfer”, „Lucyfer”, czy „Wielkie kłamstewka”), o problemach i miłości, przygodach i przyjaźni.

Ale „Opowieść podręcznej” to coś więcej niż serial. To nawet nie jest serial, który się pamięta na długo i który nie chce wyjść z głowy, bo to jeszcze coś więcej. To jest niezwykle brutalna i smutna lekcja życia, przestroga i mam nadzieję, że całkowicie nierealna wizja przyszłości. Przeczytałam gdzieś, że ten serial ogląda się w całkowitej ciszy i przerażeniu i zdałam sobie sprawę z tego, że tak jest. Bałam się poruszyć i patrzyłam w monitor jak zaczarowana. Gilead, państwo oparte o nadinterpretowane zapisy w Starym Testamencie, pochłania i powoduje, że z każdą minutą serialu jeszcze bardziej nienawidzisz tego miejsca. Tam płodne kobiety mają tylko jeden obowiązek – rodzić dzieci, służąc wysoko postawionym rodzinom i znosić wszystko w ciszy, bo każde nieposłuszeństwo jest surowo karane.

Być może to porównanie dla wielu będzie porównaniem nie na miejscu, ale oglądając ten serial często miałam wrażenie, że to historia o obozie koncentracyjnym, ale z dalekiej przyszłości. Obozie do którego może trafić każda z nas za nic. Być gwałcona, wykorzystywana, gnębiona, więziona, okradana z godności, miłości, możliwości do bycia sobą. To brutalne zrywanie osobowości z bezbronnych kobiet, którym wpaja się do głowy prawa, które z normalnością nie mają nic wspólnego.

Nie ukrywam, że nie raz miałam łzy w oczach, że czasem siedziałam z otwartą buzią, momentami miałam ochotę stanąć przed bohaterką serialu i powstrzymać całą tą sytuację, wściekałam się na bezradności. I gdy choć trochę próbowałam wczuć się w sytuację którejkolwiek z kobiet to czułam jak coś zgniata mi ciężarem nie do udźwignięcia.

Warto wspomnieć też o samym technicznym wykonaniu, które na mnie zrobiło tak samo ogromne wrażenie jak gra aktorska i sama historia. Serial ma mroczny klimat, są nagłe przyśpieszenia akcji i sytuacje, których się nie spodziewasz, gdy myślisz, że jest źle to okazuje się, że może być zdecydowanie gorzej, momentami jest porażająca cisza z obrazem, który mówi wszystko, a czasem wypowiedziane głośno myśli głównej bohaterki oraz muzyka powodują dreszcze.

Chciałabym tu przytoczyć sceny, które zrobiły na mnie największe wrażenie, ale sama nie lubię, gdy ktoś wyprzedza fakty i psuje mi całą historię, dlatego odsyłam Was do serialu – dwa sezony pełne smutku, brutalności, okropności, ale ten serial to nie tylko mrok. To też historia o tym, że w każdym potworze są iskierki człowieczeństwa, że w każdej sytuacji, nawet tej tragicznej, musimy znaleźć jakieś światełko w tunelu, by nie zwariować.

I o tym, że miłość daje tak wielką siłę człowiekowi, że nikt z nią nie wygra.

 

Viktoria SKRZYPIEC