– Idziemy jutro pokopać? – Pójdziemy, ale jak nie będzie lało.”. No i zwykle bywa tak, że leje… Pokropi, popada, największy cwaniak stwierdzi, że nie w takich warunkach grał, a potem będzie płakał, że podkolanówki mu przemokły; największy pesymista pocieszy się hat-trickiem i wieloma asystami; a bramkarz będzie snuł poetyckie lamenty o niemożności bronienia w taką pogodę. Ale zwykle idzie pograć. Sztuczna murawa orlika jest zroszona idealnie, podania dobiegają, piłka nie wybija się za daleko, nie kozłuje, wilgotność powietrza zapewnia brak pragnienia – no, tylko oczekiwać małego deszczyku! Oczywiście małego deszczyku, a nie Oceanu Atlantyckiego, spadającego z nieba…

Wiele razy grałem w warunkach raczej ciężkich, nie chodzi tu koniecznie o deszcz. Takimi warunkami mogą być nawet zbytnie upały (tak, czterdziestka na termometrze to samobójstwo na boisku…), lub śnieżyca. Grałem również wtedy, gdy ulewa zrobiła z orlika krążownik. Fajnie wspominam te wślizgi pod linią boczną, gdy nogami – jak kadłubem motorówki – rozstępowało się kałużę niczym Morze Czerwone, albo wykonywało kornery z odległości 10 metrów od rogu boiska. Jednak nie porównujmy orlików do prawdziwych stadionów dla profesjonalnych drużyn piłkarskich. Jak jest nieprzyjemna pogoda, to się nie idzie po prostu na orlik grać, tylko organizuje się derby na Playstation, grając w Fifę. Ale tego samego powiedzieć nie może Steven Gerrard czy Marcin Wasilewski. Eliminacje do Mistrzostw Świata w Brazylii 2014 roku, zakurzony klasyk między Polską a Anglią, gdzie – po niemal czterdziestu latach – nie Synowie Albionu są gospodarzami – jest meczem szczególnej rangi nie tylko w obu krajach, ale i na całym kontynencie, na całym świecie. Ten mecz MA się odbyć. No, a tu mały psikus i szczególne brawa…

Ale dla kogo skierowane te brawa? Idąc w przeciwnym kierunku – zacznijmy paradoksalnie od końca. Organizatorzy, w tym delegat FIFA i przedstawiciele obu reprezentacji, zażyczyli sobie, by mecz odbył się „pod gołym niebem”. Czyli dach zostanie otwarty. Mimo zapowiadanych ulew. Wina organizatorów? Niekoniecznie. Pewnie cały świat żył w świętym przekonaniu, że Polska – kraj wiecznie goniący mleko i miód pozostałych – dorosła już do takich błahych czynności wokoło piłkarskiej areny międzynarodowej, że ich Stadion Narodowy (najpiękniejszy eksponat minionych Mistrzostw Europy) będzie cudem futbolowej technologii. Zostawiając już problem dachu – zajrzyjmy na murawę, która niedawno została wymieniona po raz czwarty od chwili funkcjonowania Stadionu. W dniu meczu Polska vs. Anglia murawa okazała się gąbką. Pewnie większość widziała, jak sędzia – sprawdzając stan boiska – podrzucał piłkę. Opadała i – grzęzła na murawie. Wysoka technologia piłkarska – tak. Ale zapomniano najwyraźniej o podstawowych kwestiach w tych przypadkach… Ciężko się dziwić – albo dach, albo drenaż. Wybrano dach. Nie zamknięto go, zabrakło drenażu – i mamy Basen Narodowy…

Nam teraz łatwo żartować, śmiejemy się z głupoty Tych-Na-Górze. Ale nie chciałbym być teraz na miejscu tych wszystkich kilkudziesięciu tysięcy kibiców Polski, nie mniejszej liczby kibiców Anglii, czy nawet reprezentacji Synów Albionu. Albo wczesny samolot do Londynu, Manchesteru czy Liverpoolu, albo nocleg pod stadionem na poziomie niepełnej gwiazdki – w towarzystwie warszawskich degustatorów denaturatu i metanolu…

Artur Żołądź