Gwoli wstępu, zmuszony jestem napisać kilka słów wyjaśnień w związku z owym przedsięwzięciem, którego efektem będzie cykl fikcyjnych artykułów i newsów, związanych z nieszczęsnym dla mnie miejscem urodzenia.

Przeszło rok temu znalazłem w jednej z jastrzębskich bibliotek pewną książkę. Jej treść stanowiły fikcyjne notki prasowe, pisane pod kątem poetyki absurdu i purnonsensu, umieszczane w każdym primaaprilisowym wydaniu Cyrulika Warszawskiego w latach 20. ubiegłego wieku. Autorami owych specyficznych, aczkolwiek nie mających oparcia w rzeczywistości tekstów prasowych, byli dwaj Skamandryci – Antoni Słonimski i Julian Tuwim. Rzecz zwała się: W oparach absurdu. Otóż zawarte w tym dziele opary absurdu przenikały do moich tkanek, następnie pozwalały neuronom krążyć po ciele, co rusz pobudzając mnie do konwulsyjnego niemal śmiechu. Miałem okazję niejednokrotnie podziwiać genialną wyobraźnię poetów Skamandra (kto w przypływie swoistej chęci poznania drugiej osobowości twórczej Juliana Tuwima, na którą to osobowość składała się pewna dezynwoltura tegoż poety, znanego zapewne przede wszystkim z wierszyków dla dzieci, a która to dezynwoltura ukazywała się w takich utworach lirycznych, jak „Całujcie mnie wszyscy w dupę”1 czy „Na pewnego endeka, co na mnie szczeka”, ten wie, co mam na myśli pisząc o genialnej wyobraźni poetów Skamandra). Przedstawiciele tej specyficznej grupy poetyckiej znani byli z kontrowersyjności. Podobnego tonu mieli również poczucie humoru. Jednak siła absurdu, zawarta we wspomnianej publikacji, jest na tyle silna, że pobudziła mój głód purnonsensu i jednocześnie pozwoliła mi go zaspokoić, napełnić sie do syta w otoczce wykwintnego smaku, a i miejsca na deser również niemało zostało. Dawniej, gdy myślałem: „absurd w sztuce dwudziestolecia międzywojennego w Polsce”, wyobraźnia podsuwała mi raczej obrazy Witkacego lub powieści Gombrowicza. Tymczasem, po zapoznaniu się z treścią W oparach absurdu, skłonny jestem zweryfikować swoje dotychczasowe konotacje, związane z purnonsensem tamtych lat.

Jako amator absurdu, sam postanowiłem spróbować swoich sił w podobnej co Słonimski i Tuwim dziedzinie, i mam zamiar wysmażyć kilka absurdalnych, nie mających oparcia w rzeczywistości newsów. Proszę o wyrozumiałość, moi drodzy…

1 Jest to obiegowa nazwa tego wiersza, wzięła się z wersu, będącego rodzajem refrenu w tym utworze. Oficjalny tytuł tego dzieła brzmi: „Wiersz, w którym autor, grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali”.

Cegła zamiast kamienia, smoła zamiast zaprawy murarskiej i pierwszy słownik śląsko-aramejski… Czy to możliwe, żeby…

WIEŻA BABEL STAŁA W JASTRZĘBIU-ZDROJU?!

Redakcja TenJasu dotarła do człowieka, który być może dokonał największego odkrycia w naszym mieście. Pan Bercik Jodła (nazwisko zmienione ze względu na ewentualne konsekwencje prawne), chcąc znaleźć dla siebie nowe zajęcie, postawił fundamenty pod sławę naszego miasta, sławę nie mniejszą od tej, którą Wałbrzychowi przyniósł złoty pociąg.

Sławetne zdarzenia rozpoczyna frazes, wyjęty niemal z poetyki dziewiętnastowiecznych powieści – było jak zawsze zimne lipcowe popołudnie, nad miastem wznosiła się słota i nieprzyjemna aura. Pan Bercik Jodła, emerytowany górnik, udał się wraz ze swoim zięciem, Gregorem Gzymsidłą (nazwisko zmienione ze względu na ewentualne konsekwencje prawne), na poszukiwanie źródła utrzymania

– Emerytura górnicza powoli przestała wystarczać, pięćsetplusa na moją czterdziestoletnią córkę nie dali, no, ogólnie bieda. – wspomina pan Jodła.

Zięć emeryta wpadł na świetny, w jego mniemaniu, pomysł.

– Postanowiłem wykorzystać położenie naszego górniczego miasta. – opowiada pan Gregor Gzymsidło. – Tyle przecież nieużywanego węgla gnije jeszcze pod powierzchnią ziemi, a my tu już z głodu z teściem zjedli wszystkie szyny kolejowe ze starej linii pasażerskiej…

Pan Gzymsidło podsunął teściowi pomysł: Trzeba wykopać biedaszyb.

Wzięli wszystkie narzędzia, jakie mieli pod ręką, znaleźli polanę w lesie na Ruptawie i zaczęli kopać…

– Aż tu nagle… Jak coś hałaśliwie nie brzdęknie! Jak Gregorowi nie połamie szpadla! Myślimy sobie – czyżbyśmy się do szybu dokopali? A skąd! Znaleźliśmy z zięciem kilka cegieł.

Z początku dwaj samozwańczy górnicy myśleli, że dokopali się do ruin jakiegoś przedwojennego familoka, może jakiegoś młyna na Szotkówce,a może zamku Ruchensteina – legendarnego „Czarnego Jastrzębia”.

– Zaraz zaczęliśmy z teściem odkopywać inne atrybuty budowlańców. Aż wreszcie natrafiłem na starą księgę o pożółkłych stronicach.

Tą księgą był słownik śląsko-aramejski. Dwaj panowie natychmiast zaalarmowali odpowiednie służby i następnego dnia na miejscu znaleziska zorganizowano stanowisko archeologiczne.

– Jak tylko archeolodzy dotarli na miejsce, natychmiast podjęli działania, mające na celu odkrycie tajemnicy, związanej z tym miejscem. – mówi archeolog profesor Jan Pompejski-Troja z Instytutu Archeologii im. Eneasza w Wodzisławiu Śląskim. – Szczegółowe badania, analiza architektoniczna starożytnych cywilizacji Wschodu, sprawdzanie stanu substancji, pozostawionych w wiadrach i na murach, przybliżały coraz bardziej zespół archeologów do odkrycia tajemnicy tej konstrukcji. Należy wspomnieć, że bardzo pomocne były także znalezione wśród cegieł gliniane tabliczki z napisem: „TO JE WIYŻO BABEL, PACIULOKI”. Teraz jesteśmy pewni, mamy wystarczająco dużo argumentów na potwierdzenie tezy: Wieża Babel powstawała na terenie Jastrzębia-Zdroju.

Dla TenJasu wypowiedział się także profesor Rafał Noraszek – filolog, znawca języków starożytnych cywilizacji.

– Być może leksem „Babel” jest niezbyt dobrze spolonizowanym wyrazem, zapożyczonym ze Starego Testamentu, a ten z kolei – od ludzi, pracujących przy budowie wieży. Prawdopodobnie pierwotnie chodziło o „bubel” (czyli o wadę, usterkę w konstrukcji), jednak podobieństwo samogłoski „u” do „a” spowodowało błąd translatorski. – tłumaczy profesor Noraszek.

– Możliwe, że w Starym Testamencie istnieje pewna nieścisłość. – mówi teolog profesor ksiądz Dymitr Kalwinow. – Pan Bóg, widząc ludzi, pracujących na wspólną chwałę, budujących wieżę ramię w ramię, postanowił stworzyć Ślązaków. Wplątał ich między budujących, by zrobili swoje, doprowadzając do rozpadu Wieży Babel.

Nie ma żadnych wątpliwości. Nasze miasto, obok osoby Kamila Glika i wspaniałej redakcji TenJasu, będzie miało kolejny powód do dumy. Już niebawem będziemy mogli obserwować tłumy śląskich i zagranicznych turystów, wysiadających z pociągu na naszej stacji kolejowej, sunących do obejrzenia miejsca, gdzie stała biblijna Wieża Babel, by następnie spokojnie przespacerować się po rynku, wyspać w hotelu Diament i wyruszyć w dalsze zwiedzanie miejsc świętych – tym razem do zdegradowanej w tej klasyfikacji Częstochowy.


Artur ŻOŁĄDŹ