Praca z dziećmi jest trudna, ale praca z dziećmi w skrajnie ciężkim stanie jest niewyobrażalnie trudną sztuką. Każdy pracownik ochrony zdrowia wkłada całe serce w swoją pracę, aby poprawić stan zdrowia i nierzadko uratować życie tych dzieciątek. Jedną z tych niezwykłych osób jest Katarzyna Leńska – ratowniczka medyczna i położna pracująca na Oddziale Klinicznym Noworodków, Wcześniaków z Intensywną Terapią Noworodka wraz z Wyjazdowym Zespołem N. Porozmawiałam z Kasią o przygotowaniu na studiach, wspomnieniach z pierwszej dyżuru, pracy na oddziale, ale dowiedziałam się także kim są pacjenci, których zapamięta na dłużej i o tym, dlaczego po śmierci otwierają okna na oddziale.

 

Co odpowiadasz, gdy ktoś Cię pyta, czy jesteś bardziej położną, czy ratownikiem medycznym?
Katarzyna Leńska – Z pierwszego wykształcenia jestem ratownikiem medycznym, a z drugiego położną. W żadnym wypadku nie czuję się bardziej jednym, czy drugim. W codziennej pracy na szczęście udaje mi się łączyć oba zawody.

Od zawsze to czułaś?
Od zawsze. Pasją zaraził mnie dziadek lekarz. Z racji tego, że jestem raczej osobą nadpobudliwą, którą wciąż rozpiera energia potrzebowałam pracy, w której „coś się dzieje” i gdzie nie będę za długo musiała siedzieć

Od początku wiedziałaś, że praca z dziećmi będzie strzałem w dziesiątkę, czy na przestrzeni studiów podjęłaś tą decyzję?
Zawsze dogadywałam się z dziećmi i bardzo ceniłam pracę z nimi – jeszcze jako nastolatka prowadziłam gromadę zuchową w ZHP. Pediatria to był jeden z moich ulubionych przedmiotów, podobnie jak intensywna terapia. Zawsze podobała mi się praca w karetce, ale niestety w naszym kraju nie funkcjonują typowo pediatryczne zespoły ZRM, a szkoda bo byłabym pierwszą chętna do pracy w nich. Kończąc ratownictwo udało mi się przyjąć mój pierwszy poród. Byłam wtedy z jednej strony zachwycona, a z drugiej przerażona. Zachwyciła mnie ta maleńka istotna pojawiająca się na moich rękach, która rodząc się była sina, a ciągu kilku sekund wzięła wdech i zapłakała zaróżowiając się. W ten sposób odkryłam przepiękny róż noworodkowy i dość wąska dziedzinę medycyny – neonatologię. Wtedy wiedziałam już, że to jest mój przyszły pacjent.

Zaskoczyłaś mnie, byłam pewna, że do dzieci jedzie całkowicie dostosowana karetka – z pediatrą I odpowiednim sprzętem. Rozumiem, że „N” jeździ tylko do dzieci poniżej pierwszego roku życia?
Jeżeli chodzi o karetkę N to przy okazji zapraszam na mojego instagrama, gdzie właśnie poruszyłam ten temat. Karetka N, czyli neonatologiczna wykonuje transporty noworodków i niemowląt, czyli dzieci poniżej 1rż. Jednak gabarytowo inkubator transportowy ma wymiary i udźwig do maksymalnie 6-8kg. Jeżeli dziecko jest wydolne oddechowo to ewentualnie można wykonać transport w foteliku samochodowym. W karetce N jeździ lekarz neonatolog, położna/pielęgniarka neonatologiczna i kierowca. Do wezwań poza szpitalnych jeździ zespół ratownictwa medycznego typu P lub S, czyli specjalistyczny.

Co Cię wtedy podczas porodu przeraziło najbardziej?
To, że pomimo teorii na zajęciach – ja nic o tym nie wiem, o porodzie! W praktycznym aspekcie – nie wiedziałam co, jak i w jakiej kolejności mam robić i jak pomóc tej rodzącej kobiecie. I właśnie wtedy postanowiłam się tego nauczyć i pójść na położnictwo.

Studia nie przygotowały Cię dobrze do pracy w zawodzie?
I tak i nie. Położnictwo przygotowało mnie do szeroko pojętej pielęgnacji i opieki nad matką oraz dzieckiem, ciężarną, czy pacjentką ginekologiczną. Oczywiście pojęłam także tajemną wiedzę cudu narodzin, natomiast w praktyce nie wszystko idzie jak w książce. Jeśli chodzi o ratownictwo pomogło mi ono zachować spokój w stresujących sytuacjach. Nauczyło działania według określonych schematów czy algorytmów, co jest bardzo potrzebne w pracy na takim stanowisku, gdzie pracuje.

Miałaś szansę odbierać sama poród przez te trzy lata studiów?
Tak oczywiście! Wszystko odbyło się w swoim czasie. – na 1 roku studiów przyjmowałam porody na tak zwane 4 ręce, położna/położnik trzyma swoje ręce na rękach studentki i razem pomagają maluszkowi się urodzić. Na praktykach wakacyjnych po 1 roku oraz na 2 i 3 roku porody przyjmowałam pod okiem położnej, jednak już z trochę większą samodzielnością. Przez 3 lata studiów położniczych przyjęłam 200 porodów. Jeśli chodzi o przygotowanie do zawodu, mam wrażenie, że jest bardzo konkretne. Teoria, ćwiczenia praktycznych umiejętności na fantomie, następnie pod czujnym okiem położnych, a ostatecznie doskonalenie umiejętności przy prawdziwej pacjentce dały mi solidne podstawy położnicze.

Solidne podstawy położnicze, a jak z podstawami w związku ze stanami nagłymi? Osobiście bardzo żałowałam, że na pielęgniarstwie przez pierwsze trzy lata uczyliśmy się tak mało o nagłym stanach zagrożenia życia, które są bardzo stresujące I trudne dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z medycyną.
Jeżeli chodzi o przygotowanie do stanów nagłych, w tym NZK – świetnie sprawdziły się studia z ratownictwa medycznego, więc mogę uznać, że jestem szczęściarą. Uczono nas różnych rzeczy, ale przede wszystkim nacisk był na przygotowywanie nas do stanów nagłych z którymi ratownik medyczny ma stale do czynienia. Pierwsze NZK w jakim miałam okazję uczestniczyć jeszcze na studiach odbywało się na SORze, a w pracy pierwszą reanimację noworodka miałam pierwszego dnia pracy… W sytuacji trudnej jaką jest NZK działam trochę jak automat. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, jednak podczas reanimacji skupiam się na wykonywanych czynnościach, na postępowaniu zgodnie z algorytmem I wytycznymi.

Myślę teraz, że ten poród, który odebrałaś jeszcze na studiach był być może jakimś znakiem, który nakierował Cię w miejsce, gdzie Twoje miejsce. Widać, że jesteś stworzona do intensywnej opieki nad maluszkami, a nie każdy się do tego nadaje.
Zawsze ciągnęło mnie do małych pacjentów, zawsze interesowałam się stanami małymi w pediatrii i neonatologii. Uczestniczenie w porodzie w warunkach poza szpitalnych po prostu utwierdziło mnie w przekonaniu, że konieczne muszę pójść na położnictwo, więc może jest coś w tym o czym wspomniałaś.

Dziś pracując na Intensywnej Terapii Noworodka nie masz już szansy obserwować cudu narodzin – nie brakuje Ci tego?
Cud narodzin obserwuję cały czas! Dziś jest to jednak troszkę inny niż przy donoszonym i zdrowym maluszku. My uczestniczymy w porodach poniżej 35hbd oraz przy współistniejących wadach. Dla mnie nadal jest to cud narodzin, gdy rodzice płaczą ze szczęścia, bo ich 600 gramowy wojownik zapłakał po urodzeniu

Każdy chyba pamięta swój pierwszy dzień pracy w szpitalu!
Pierwszy dyżur! Ja pamiętam wszystkie trzy “pierwsze dyżury”!

Opowiadaj!
Pierwszy po ratownictwie- działo się tyle i tak bardzo ratowniczego, od NZK, przez uraz wielonarządowy, po zawał… Przez tą adrenalinę po dyżurze poszłam biegać, aby rozładować te emocje. Tego dnia został mi wylany na głowę kubeł zimnej wody, naprawdę zimnej wody. Mimo teoretycznego przygotowania, gdzie faktycznie myślałam, że coś już wiem i przecież potrafię uratować ludzkie życie, okazało się jak wiele jeszcze nie wiem i ile nauki przede mną! Pierwszy dyżur po położnictwie – czułam podekscytowanie, bo w końcu praca z noworodkiem. Oczywiście obawiałam się czy sobie z nim poradzę, ale czułam się minimalnie pewna, ponieważ „chwilkę już pracowałam w ochronie zdrowia”. Dyżur był ciężki… Na początku dyżuru urodził się człowiek, który od razu po porodzie trafił na salę intensywnego nadzoru neonatologicznego, więc przerobiłam wszystko czego się obawiałam – od pobrania krwi, założenia wenflonu, wentylację nieinwazyjną ncpap, przez intubację, resuscytację z uciskaniem klatki piersiowej i ratunkowym podaniem leków do pępowiny, po cewnikowanie naczyń pępowinowych i przygotowanie noworodka do transportu do ośrodka o wyższej referencji… Najbardziej wtedy wkurzałam się nie na to, że nie wiem co zrobić, ale że nie wiem gdzie co leży!

O tak, chyba tylko praktyce w szpitalu zdają sobie sprawę z tego jakie to istotne!
Zapoznanie się z miejscem pracy to naprawdę podstawa! I pierwszy dyżur w tym wymarzonym miejscu w którym pracuje dziś – już wiedziałam czego mogę się spodziewać, natomiast stres był również ogromny! Tutaj więcej ciężkich pacjentów, skrajnie niedojrzałe wcześniaki, ale i więcej osób w zespole na dyżurze, co bardzo sobie chwalę i ogromnie doceniam.

Wspomniałaś o pierwszym dniu w którym zostałaś rzucona na głęboką wodę I musiałaś poradzić sobie z założeniem wkłuć u nie dość, że malutkiego dzieciątka to dodatkowo pod presją czasu I trudnej sytuacji – naprawdę Cię podziwiam za ten dar w rękach
Wydaje mi się, ze to raczej nabycie doświadczenia, niż dar w rękach. Trzeba ćwiczyć – ja miałam to szczęście, że nauki zaczęłam na dorosłych pacjentach. Z noworodkiem wbrew pozorom nie jest wcale trudniej, po prostu gabaryty pacjenta (i jego żył) jak i sprzętu są mniejsze. Kiedyś bałam się kaniulacjj naczyń u skrajnych wcześniaków. Już nauczyłam się u donoszonych noworodków, a ten mikro rozmiar jednak nadal mnie przerażał. Przy zmianie pracy na ośrodek III stopnia referencyjności musiałam już zmierzyć się z najmniejszymi pacjentami. I okazało się, że wbrew pozorom łatwiej założyć wkłucie u wcześniaka niż u noworodka donoszonego!

Czy to był Twój chrzest bojowy – pierwsze dni na oddziale?
Teoretycznie nowy pracownik na OITN ma 3 miesiące wprowadzenia. Ja akurat przyszłam na oddział w gorącym czasie urlopów, więc część dyżurów byłam dodatkową 9 osobą, ale zdarzały się dyżury, gdzie już miałam swoją salę i swoich pacjentów. Dużo pomogła mi wcześniejsza praca na neonatologii 2 stopnia, gdzie nauczyłam się podstaw, w tym najważniejszego – oceny i obserwacji noworodka. Miałyśmy tam salę intensywnego nadzoru neonatologicznego, gdzie czasem przebywały noworodki w niewydolności oddechowej – najczęściej na nCPAP. Do nowej pracy trafiłam do szpitala, w którym odbywałam praktyki studenckie, więc układ oddziału i topografię szpitala znałam. Było i nadal jest do tej pory mi łatwiej, ze względu na ilość obstawy na dyżurze- tutaj jest nas osiem. Oprócz mnie i paru osób „młodych”, pracują tu cudowne położne/pielęgniarki z ogromnym, wieloletnim doświadczeniem. Nie boję się pytać, gdy czegoś nie wiem lub mam wątpliwości. Po trzech tygodniach pracy miałam taki prawdziwy chrzest bojowy, ponieważ niespodziewanie urodziły się nam czworaki w 27hbd, a każde dzieciątko po około 600gram. Akurat w ten dzień miałam swoją salę, która akurat była salę przyjęciową, tak więc przyjęłam na oddział dwie dziewczynki z czworaczków.

Zapewne to jedne z tych pacjentek, które zapamiętuje się dłużej…
Tak, mam kilku takich pacjentów. Te czworaczki, pierwsze skrajnie niedojrzałe bliźniaki, skrajnego wcześniaka z 22hbd… Dużo sytuacji I dużo pacjentów wyryło się w mojej pamięci na dłużej, a myślę, że może I do końca życia.

Opowiesz nam jak wygląda Twój przykładowy dzień w pracy? Zdaję sobie sprawę z tego, że żaden nie jest taki sam jak poprzedni oraz, że jest wiele sytuacji, które mogą całkowicie odmienić przebieg dyżuru, ale zakładając, że jest względny spokój I wszystko idzie po Twojej myśli.
Dyżur zaczynam raportem- ze względu na ilość pacjentów, każda przyjmuję swoją sale, czyli swoich pacjentów. Po przyjęciu dyżuru sprawdzam stan dzieci i stanowisk, czy dziecko jest spokojne, czy jest stabilne, sprawdzam wlewy ciągłe, sprzęt do wentylacji. Jeżeli mam stanowisko przyjęciowe, wtedy sprawdzam jego skompletowanie – czy każde posiada ubrany respirator i cpap, ssak, minimum 2 pompy infuzyjne, zestaw do cewnikowania naczyń pępowinowych, jałowe fartuchy i serwety, sprzęt do wentylacji – czapeczki i noski do nCPAP w każdym rozmiarze, czujnik pulsoksymetru, mankiety do ciśnieniomierza także w każdym rozmiarze, zestaw do krwawego pomiaru ciśnienia, czy sprzęt jest sprawny i skalibrowany. Dodatkowo mając stanowisko przyjęciowe odpowiadam za inkubator do transportu wewnętrznego – sprawdzam czy sprzęt jest skompletowany, jaki jest st an gazów medycznych w butlach transportowych. Następnie sprawdzam czy moi pacjenci nie mają zleconych żadnych badań. Zapoznaję się z dokumentacją dzieci – kartami pielęgnacyjnymi i zleceniami lekarskimi. Ogólnie postępowanie zależy od stanu pacjenta. Co 3 godziny wykonujemy toaletę pacjenta – śluzowanie, przewijanie, kremowanie, karmienie, spisywanie parametrów życiowych, podaż leków wg karty zleceń. Oczywiście jeżeli dziecko jest niestabilne wykonujemy dane czynności wg potrzeby. W między czasie jest duża wizyta (zdanie wszystkich pacjentów przez lekarzy dyżurnych), następnie wizyty lekarskie u poszczególnych dzieci. O toalecie o godz 15 następuje zmiana leków we wlewach ciągłych i żywienia pozajelitowych, włącznie z liniami infuzyjnymi. Jeżeli do dziecka przychodzą rodzice – staram się poświęcić trochę czasu na rozmowę, edukację, laktację oraz kangurowanie, jeśli istnieje taka możliwość. Podczas zmiany nocnej dzieci są ważne i jeśli mogą to kąpane, z co 7 dni mierzone. Ogólnie nasza praca jest w miarę poukładana chyba, że mamy przyjęcie nowego pacjenta z sali porodowej lub z zewnątrz…

Jeździsz też karetką!
Jeżeli w danym miesiącu mam dyżury na odcinku opieki pośredniej to obstawiam również wyjazdy naszej karetki neonatologicznej. Wtedy na klasycznym dyżurze oprócz przyjęcia raportu poprzedniej zmiany, zapoznaniu się z pacjentami i dokumentacją i standardowym postępowaniem jak na OITN odpowiadam także za sprawdzenie sprzętu i inkubatora transportowego. W razie wyjazdu zajmuję się właśnie transportem małego pacjenta karetką do innego szpitala, czasem transportem do nas, do hospicjum bądź do domu aby mógł być wentylowany w warunkach domowych.

Zdarza Ci się płakać w pracy?
Tak. Staram się nie płakać w pracy, ale się zdarza. Czasem są to łzy szczęśliwe – łzy płyną same, gdy mama maluszka płacze ze wzruszenia przy pierwszym kangurowaniu. Czasem są to łzy smutku, gdy rodzice żegnają się z maluszkiem. Zdarza mi się płakać przy ostatniej pielęgnacji pacjenta, a czasem po ciężkim intensywnym dyżurze po prostu z natłoku emocji.

Ostatnia pielęgnacja musi być naprawdę trudnym momentem, tak samo jak widok rodziców, którzy zostali na ziemi, ale ich największe szczęście właśnie zniknęło. Często spotykasz się ze śmiercią?
Nie wiem, czy często. Śmierć zawsze boli, bynajmniej ja zawsze po swojemu to przeżywam. Inaczej jest, gdy śmierć dziecka jest nagła, niespodziewana, a inaczej, gdy się na nią przygotowujemy – dziecko z wadami letalnymi, skrajny wcześniak w stanie agonalnym, czy noworodek po ciężkiej reanimacji nie reagujący na leczenie. Jeżeli szykujemy się na śmierć, staramy się umożliwić pożegnanie rodziców, ostatnie przytulenie, a w razie konieczności chrzcimy dziecko. Po śmierci pacjenta poza procedurami, odciskamy dziecku stópki i dłonie, ubieramy w tęczowy kocyk i czapeczkę i .., otwieramy okno!

Otwieracie okno?
Otwieramy okno, aby dusza aniołka mogła pójść do nieba, a nie bląkać się po oddziale

 

Viktoria SKRZYPIEC