Alkohol… tłumię natłok myśli… każda idea, która stara się przedrzeć przez ścianę promili, ginie okrutną śmiercią. Tak nie powinno przecież wyglądać życie. Tak wygląda agonia.

Ogłupiały, otępiały, dążę do ostatecznego rozwiązania największego mojego problemu – samego siebie. Popełniam samobójstwo. A może je już popełniłem. Wegetuję. Ale – czy żyję?

Widzę świat takim, jakim się jawi na trzeźwo. Ale coraz częściej wydaje mi się on onirycznym tworem mojej wyobraźni. Nie mogę ręczyć za to, czy dziewczyna, którą tulę, znajomy, z którym się witam – nie są wytworem mojej własnej, chorej, alkoholowej imaginacji.

Umieram w tym oniryzmie. A może moja śmierć tylko mi się jawi? Może tak naprawdę nie żyłem.

Daję się więc ponieść tej przyczynie całego oniryzmu. Ukochałem to uczucie. Nieszczęśliwie. Jak każdą z kobiet, z której właśnie tak się leczyłem.

Mój organizm umiera. Wątroba pragnie już przejść na zasłużoną emeryturę. Nie daję jej tej satysfakcji. Ona pierwsza umrze; przede mną.

Upity, z siostrą gitarą, bratem Stachurą i kilkoma kartkami papieru, jadę. Czeka mnie Przeworsk. Pociąg. Nie chcę pokazywać ludziom: hej, patrzcie! otom słaby, piję alkohol i nikt – nikt mnie od tego nie odwiedzie! Wszyscyście jeno wytworem mojego galaretowatego umysłu! wszyscyście onirycznymi upiorami mojej duszy!

Nie pijam aż tak publicznie. Resztka mojej dumy zakazuje mi ukazać słabość. Upadły więc pijam liche piwo w pociągowej toalecie. Przepijam pieniądze ludzi, którzy pragną słuchać mojego ohydnego, alkoholowego, gardłowego głosu – i dźwięku mojej gitary.

Nie śpię już dzień trzeci. W półśnie, w malignie nocy, świat wydaje mi się tym bardziej oniryczny. Oniryczno-deliryczny.

Z trudem rano mogłem uchwycić ołówek – nerwy deliryka zakazują mi trzymania go w pionowej pozycji. Co to za pisarz, który – z powodu własnej słabości – nie może pisać?

Nie mogłem dawniej wyobrazić sobie – jak można upaść z byle powodu – z powodu kobiety. Teraz już wiem. Można. I to bardzo głęboko.

Łańcut za mną; Przeworsk lada chwila. Nie mam pomysłu ani na sen, ani na najbliższe pięć minut w Przeworsku. Myślę, że po prostu się napiję.

Alkohol rozgościł się na dobre w moich żyłach; kocham to uniesienie, błogosławioną moc, uczucie niezapomniane, tą agonię. Tak. Umieram. Tacy jak ja nie żyją długo. Tacy jak ja na długie wszak życie nie zasłużyli. Ach, gdybym mógł jeszcze jakoś ten świat wspomóc! Jedyne, czym mogę mu pomóc, to spisując swoje alkoholowe wspomnienia.

Przeczytałem ostatnimi czasy „Pod mocnym aniołem” Jerzego Pilcha. Nigdy nie sądziłem, że postać alkoholika może – aż tak bardzo – dotyczyć mnie immanentnie…

Prolog 19.11.14 r.

Godzina 19:04. Przeworsk. Siedzę na zabrudzonych schodach wnęki, prowadzącej na peron. Czeka mnie jeszcze jedno piwo. Ostatnie tu, w Przeworsku… Umyśliłem sobie autostopowy przejazd do Jarosławia- miasta-legendy. Jednego z moich ukochanych miast.

Głód doskwiera. Teraz, gdy spisuję te słowa do kajetu mej martyrologii, pragnę więcej alkoholu. Jednak jestem świadomy, że – gdy będę zbyt pijany – nikt mnie nie zabierze. I gdzie ja zanocuję, skoro SOK wyrzuca alkoholików z dworca? Przybędzie śmierć. Będzie chłoda, jak ta noc. Wraz ze mną ku innym światom pójdzie mnoga ilość dusz. Wszystkie upadłe. Wszystkie zamarznięte, przepite, z bielmem na oku, bez nogi, bez palca u ręki, bez zębów, bez krtani, bez wątroby.

Mocne światło oświetla podziemny łącznik peronów. Bardzo przypomina mi to (niemalże rodzinne) Bielsko. Sama jednak stacja budzi we mnie złe wspomnienia stacji kolejowej w czeskich Petrovicach u Karvine. Każdą z tych stacji naznaczyłem piętnem własnego alkoholizmu.

Im więcej piwa, tym weselszy się czuję. Zapominam o tobie, och ty…! Zapominam o tobie – choć bardzo dobrze pamiętam, żeś jest z przeworskiej ziemi… tak bardzo czuję twą bliskość – zaledwie kilkukilometrową. Tak bardzo nienawdzię tego miejsca – tak bardzo pragnę ujrzeć zaś ciebie na tej ziemi diabelskiej… jednak duma nie pozwala mi [nieczytelne słowa] …

Tak bardzoś przywiązana do tej ziemi, jednak dużo bardziej kojarzymy się z miedzą Jarosława – ziemią szaleńców i obłąkańców. Może to tłumaczy twoje pochodzenie? Może to tłumaczy moją miłość – do tegoż miasta…

Potrzebuję piwa. Grałem na przeworskim rynku – jednak tam ni żywej duszy. Czasem tylko ciekawe spojrzenia spozierały z chodników, jakby pytając: Co ten obłąkaniec wyczynia? I na co on liczy?

Wiem teraz, że jak zawsze w moim życia alkoholika – liczyłem na coś, co jest zbyt oniryczne, co jedynie może się przyśnić.

Dalej, z wielką nadzieją, liczę na to, żę ten świat, to życie, że Ty – że wszyscy mi się śnicie! Żeście mająką są jedynie mego umysłu…

Przeworsk 19.11.14 r.

Artur Żołądź