Niesamowicie skromna, niezwykle piękna z równie piękną duszą, ale przede wszystkim posiadająca wielki dar. Dar stworzenia lalki, która wygląda jak żywe dzieciątko, lalki, która dopracowany ma każdy milimetr i która zachwyca każdego. Przed Wami rozmowa z Anią Danelską – o tym jak tworzy się takie cuda, co jest najtrudniejsze w etapie tworzenia oraz o zabawnych sytuacjach związanych z pomyłkami.

Czy wcześniej miałaś kontakt ze sztuką? Czy była to całkiem nowa fascynacja?
Ania Danelska – W zasadzie od zawsze miałam kontakt ze sztuką. Pierwszy portret narysowałam mając 11 lat i jakoś poszło – mam go do dziś na pamiątkę. Teraz robię to na zamówienia, ale nie tylko portretuję. Moje spectrum wykonywanych prac jest dosyć szerokie, a od paru lat nie tworzę dla siebie, bo nie mam już na to czasu, ale cieszy mnie to, bo przez wszystkie poprzednie lata o tym marzyłam.

Rysowanie portretów to moim zdaniem najtrudniejsza sztuka – jest tyle detali, tyle rzeczy, które trzeba zrobić naprawdę dobrze, aby wyglądały rzeczywiście, a nie jak karykatury! Co sprawia Ci największą trudność?
Ciężko to kategoryzować jako trudność, ale faktycznie są prace nad którymi spędzam więcej czasu. Ogólnie mogłabym to podzielić na szkic i wypełnienie. Szkic jest tą częścią kiedy potrzebuje skupienia, bardzo ważne są proporcje, nie ma miejsca na błędy, a jeśli, to naprawdę minimalne bo całość się wtedy posypie, osoba będzie „prawie podobna” lub karykaturalna. Ta druga część, czyli „wypełnienie”, to troszkę jak z kolorowankami – taki relaks, wtedy już widzę efekty pracy, które cieszą, jest to dla mnie bardziej odprężające. Bywa tak, że żal mi kończyć pracę, bo tak dobrze mi się rysuje. Czasem ktoś do mnie przychodzi na kawę i wtedy właśnie sobie kończę portrety lub słucham filmu. Tak właśnie, słucham, bo oczy mam skierowane na pracę.

Jak to się stało, że w Twojej głowie pojawiła się wizja stworzenia lalki, która wygląda jak żywa?
Zacznę od tego, że od zawsze fascynuje mnie realizm, to że można odtworzyć, wyrzeźbić bądź namalować coś co istnieje w rzeczywistości i można zrobić to tak dobrze, że oszukamy nasze zmysły.

To niesamowite!
Dokładnie! Jeśli chodzi o lale reborn to mniej więcej 10 lat temu obejrzałam film dokumentalny, w którym przedstawiono kolekcjonerkę tych lal. Kobieta miała ich dziesiątki, dosłownie w każdym kącie swojego domu. Nie ilość tych lal, ale to jak wyglądały mnie zafascynowało i już wiedziałam, że kiedyś taką laleczkę zrobię.

Jak powiedziałaś, tak zrobiłaś
Na tamten czas to hobby (kolekcjonowanie) i ta sztuka (reborning) nie były tak popularne w Polsce jak teraz i zdobycie wiedzy też było bardzo trudne, ale udało się. Jakieś dwa lata temu mąż przywiózł mi z USA pusty kit, czyli niepomalowane części lali oraz potrzebne media.

Wspomniałaś, że wiedza jak i niezbędne elementy były trudno dostępne, ale czy miałaś swojego mistrza, którego podpatrywałaś w pracy? To niezwykle trudna sztuka, więc ktoś kto powoli wprowadziłby Cię w ten świat wydaje mi się świetnym rozwiązaniem.
Kiedy zaczynałam pierwszą lalę nie znałam nazwisk sławnych rebornerek, więc nie miałam mistrza. Obecnie są artystki, których wykonanie trafia w mój gust i które podziwiam za talent i serce włożone w pracę nad lalkami., ale nie wzoruję się na nich. Myślę, że każda z nas ma swój styl i nie staram się kopiować od innych. Klienci wybierają które malowanie im pasuje i właśnie ta różnorodność jest ciekawa.

Wszystkiego uczyłaś się sama?!
Wszystkiego uczyłam się sama. Wraz z akcesoriami do stworzenia lali kupiłam kurs, na którym przedstawiano jak to zrobić krok po kroku. To była bardzo okrojona wersja, ale te podstawy pomogły mi zacząć.

Jak wspominasz pracę nad pierwszą lalką?
Sama praca nad pierwszą lalą była świetnym doświadczeniem. Dwa uczucia pamiętam bo towarzyszą mi do teraz – „nie mogę się doczekać kiedy ją skończę” i po skończeniu „szkoda, że już ją skończyłam bo tak cudnie się malowało”. Była to troszkę praca eksperymentalna i po omacku. Miałam 5 kolorów farb, a moja pierwsza lala to model Summer Rain. Kiedy ją malowałam to patrzyłam na nią jak na części lalki – kończyny, głowa, lalka… Kiedy ją skończyłam była Krysią. Krysię oddałam do adopcji, czyli sprzedałam, aby móc kupić kolejne części i uzupełnić narzędzia pracy.

Popełniłaś jakieś błędy?
Oczywiście teraz maluję zupełnie inaczej, ale tamtego malowania nie nazwałabym błędnym, to był po prostu rozwój. Myślę, że trzeba mieć w sobie talent, jakiś pierwiastek, który pozwoli nam połączyć opanowane umiejętności w dzieło, które potrafi zachwycić. Sam talent bez znajomości tematu to nic, tak samo jak opanowana perfekcyjnie technika bez polotu.

Opowiesz nam jak wygląda proces tworzenia lalkowego dzieła sztuki?
Trzeba zaznaczyć, że taka lala to dzieło dwóch artystów. Jeden rzeźbi prototyp dzidziusia, który później jest powielany w seriach odlewany w winylu. Kolejny artysta kupuje kit (niepomalowane winylowe części), korpus, wypełnienie, obciążenie, włosy, jeśli lala ma je mieć, oraz narzędzia i media. W skrócie malowanie lali to jedna połowa, a druga połowa to precyzyjne wszczepianie włosów. Malowanie to nakładanie dużej ilości warstw kolorów, nanoszenie detali, cieni i znamion. Maluje się także paznokcie, często brwi i włosy, bo nie każda lala ma je wszczepione. Wprawione artystki potrafią namalować włosy w taki sposób, że na zdjęciu jest to nie do odróżnienia od wszczepionych. . Każda warstwa wypalana jest w specjalnym piecu dla utrwalenia. Na koniec niektóre artystki nanoszą strukturę skóry. W dotyku jest ona chropowata, za to efekt wizualny jest bardzo realny. Następnie wszczepiam włosy, jeśli nie były malowane. Ostatecznie laleczkę składa się w całość, obciąża odpowiednio i wypycha.

To wydaje mi się kosmicznie trudne – widziałam zdjęcia Twoich lalek, przyglądałam się im włosom i nie mogę uwierzyć w to, że to nie prawdziwa dziecięca główka!
Robię to bardzo precyzyjnie i zazwyczaj poświęcam na to parę wieczorów. Kiedy lala ma wszczepione włoski, podkleja się je, a a po wyschnięciu przycina i układa.

Mam wrażenie, że stworzenie jednej lalki to z tydzień roboty!
I tyle to mniej więcej zajmuje, pod warunkiem, że mogę poświęcić minimum te 8 godzin pracy dziennie. Nie lubię jednak pracować na czas i dopieszczam swoje „dzieci” tak długo aż wydają mi się „prawie” idealne. Mówię prawie, bo jestem perfekcjonistką i zawszę widzę w swoich pracach coś co mogłoby być lepiej.

Co jest najtrudniejsze w etapie tworzenia?
Myślę, że najtrudniejsze jest połączenie oczekiwania klienta z moją wizją i wykonaniem. Robię laleczki na zamówienie, choć nie zawsze. Wtedy priorytetem są wytyczne osoby zamawiającej – zawsze kiedy pokazuję gotowego dzidziusia zawsze odczuwam stres czy udało mi się sprostać wymaganiom, czy urzeczywistniłam wizję tej osoby.

Twoje lalkowe dzieciaczki wyglądają jak żywe… Czy ktoś się kiedyś pomylił?
Pomyłki się zdarzały. Była sytuacja, kiedy niosłam laleczkę pokazać paniom w Przedszkolu mojego dziecka i zwrócono mi uwagę, że jest za zimno żeby brać takie maleństwo na dwór! Inna sytuacja się zdarzyła, kiedy ktoś moją lalę pokazywał swojemu znajomemu i niosąc tego noworodka udał, że się potknął – wszyscy wykazali się niesamowitym refleksem. Była też sytuacja, kiedy w serwisie musiałam przełożyć foteliki z auta zastępczego do swojego. Jechałam akurat do klientki i dzidziuś był zapięty w foteliku. Oczywiście pomoc w przetransportowaniu śpiącego niemowlęcia znalazła się w sekundę, delikatnie nie budząc dzidziusia został przepięty do samochodu. Na pewnym kursie, gdzie pojawiłam się z noworodkiem gratulowano mi szybkiego powrotu do formy… Takich sytuacji było w zasadzie wiele… Wszystkie miło wspominam, nie zawsze uświadamiałam te osoby, że to lala, dla mnie jako dla artystki są to komplementy.

Czy tworzenie lalek jest Twoją pasją, czy też sposobem na życie i pracą?
W tej chwili wszystkie z powyższych, ale dwa ostatnie nie byłyby możliwe, gdyby nie była to przede wszystkim moja pasja.

Robisz naprawdę niesamowitą rzecz, masz niezwykły talent i dar, a jesteś tak nieprawdopodobnie skromna!
Nie uważam, że jestem jakaś wyjątkowo utalentowana. Przede mną są tłumy takich, którym kłaniam się do stóp, ale w tej dziedzinie mam cele i poprzeczki. Nie marzę, że namaluję kiedyś coś co będzie tak realne jak zdjęcie, ale nie chcę stać w miejscu, tylko stale próbuję zrobić coś lepiej, patrzę na to zadaniowo i mierzę siły na zamiary. Znam swoje słabe strony aż za dobrze, ale widzę w tym sfery nad którymi muszę pracować.

Zdradzisz nam swoje słaby strony? Ciężko mi je sobie wyobrazić przy tym, co tworzysz. I boję się pomyśleć jak Twoje lalki by wyglądały, gdybyś swoim zdaniem była naprawdę dobra!
Jasne że zdradzę – moją największą słabą stroną jest mój perfekcjonizm. Mogę spokojnie powiedzieć, że w każdej dziedzinie życia potrafię na wiele spraw przymknąć oko, ale nie tu… Często poświęcam pracy zbyt dużo czasu, bo właśnie maluję tak długo aż powiedzmy jestem zadowolona. To moja słabość, ale z drugiej strony wiem, że dzięki temu cały czas się rozwijam, cały czas mam cel, poprzeczkę, którą pragnę pokonać. Praca mnie nie nudzi i dostrzegam swój rozwój z którego akurat jestem zadowolona.

Viktoria SKRZYPIEC