artyści z ginem i oślimi uszami – o twórczeniu

Zaprosiłem do siebie do Rzeszowa swojego przyjaciela – świeżo upieczonego ambitnego prawnika. Głodny godnych gawęd i drążących dyskusji, nie mogłem się doczekać, aż nasz ulubiony drink – gin z tonikiem – rozjaśni nam myśli i rozplącze węzeł języka, którym zawinięty jest worek przemyśleń, czekających tylko wypuszczenia niby marzenia snu. Gdy tylko gin w nietypowych proporcjach skropiony subtelną porcją toniku zaczął działać, pełne godności asercje wytaczały się z naszych głów jak artyleria w trakcie oblężenia. Oblegaliśmy bowiem wiele mniej lub bardziej interesujących, nurtujących nas tematów. Każdy z innym bagażem doświadczeń, specjalizujący się w różnych dziedzinach, snuliśmy wspólne nam obu kwestie nie rzadziej od koncepcji różnorakim ze sobą spoiwem złączonych. Wkroczyliśmy wnet na niwę literatury, głównie tej praktykowanej przez innych moich znajomych. Zaaferowany tematem, wypaplałem nagle słowo, z którego długo się śmialiśmy. Określiłem tę znajomogeniczną literaturę twórczeniem. Nieświadomy byłem jeszcze wówczas siły i istoty tego stwierdzenia. Zapisałem je błyskawicznie w notatniku do spraw ważnych i nieistotnych i do reszty zacząłem tej nocy oddawać się objęciom Bachusa.

Rzecz jasna – kiedy mówię o literaturze tworzonej przez moich przyjaciół, mam na myśli poezję. Czemu nie? Trzasnąć wierszydełko „na kolanie” i oczekiwać w związku z tym pochwał, w skrajnych natomiast przypadkach pieniędzy lub sławy, łatwiej jest niż napisać wymagający tekst prozą – esej, felieton, czy choćby ślicznie sklecone opowiadanie. Najmniejszą jednostką wierszy pisanych przez moich znajomych jest metafora. Jak wiadomo – dobra metafora nie jest zła, dość jej jest jednak w języku codziennym, opierającym się wszakże na prozie. Użycie drugiego najczęściej pojawiającego się środka stylistycznego, jakim jest powtórzenie, nie wymaga dużego nakładu pracy, a nadmiar powtórzeń może prędzej spowodować irytację aniżeli wzruszenie. Tyle w temacie stylistyki poetyckiej owej znajomogenicznej literatury. O istnieniu takich figur stylistycznych jak elipsa, aliteracja czy hiperbola bodaj nie słyszeli.

– Ale Artur! – pieklą się w obronie swych lirycznych, koślawych dzieciątek przyjaciele-poeci. – My to piszemy z serca, pod wpływem natchnienia, muzy spływają w nas z góry traktem usłanym płatkami róż i szepcą do naszych niedoskonałych uszu doskonałe wersety.

W takich chwilach uśmiecham się błogo do swojej wewnętrznej cytatowni i oczyszczam z kurzu fragment Doktora Faustusa Tomasza Manna. W tym cytacie zawarte jest podejście do artystowskiej natchnieniologii genialnego muzyka Adriana Leverkühna, pod którym i ja stanowczo się podpisuję: „Miał on bowiem na temat sztuki i artyzmu skrajnie trzeźwe, ba, na zasadzie reakcji wręcz radykalne poglądy i taki wstręt czuł do owej „romantycznej paplaniny”, którą świat te sprawy przez pewien czas otaczał, że nawet niechętnie słuchał słów „sztuka” i „artysta”, co wyraźnie widać było z jego miny, gdy je przy nim wymawiano. Tak samo rzecz się miała ze słowem „natchnienie”, którego w jego obecności należało starannie unikać, a co najmniej zastępować słowem „pomysł”’.

Nie przeczę jednak istnieniu natchnienia. Sam byłem bowiem jego celem i pod jego wpływem, wpatrzony w otulone letnią mgłą Jastrzębie, popełniłem taki oto czterowiersz:

Nasze rozstanie zasnute mgłą

(dwa cienie wplecione w światło latarni).

Ty jesteś ty, lecz ja jestem kto?

Ja jestem cierń słów rzuconych na marne.”

Usilnie jednak starałem się zachować to, co (przynajmniej do niedawna jeszcze) stanowiło o egzystencji wiersza.

A co o tym stanowiło? Rym, rytm, wersyfikacja, odpowiednie stosowanie średniówek i korzystanie ze środków stylistycznych. W wydanej w roku 1997 Poetyce profesor Adam Kulawik wyznacza już inne, znacznie skromniejsze standardy wiersza. Ma być on po prostu podzielony na wersy. „Chodzi mianowicie o to, że jeśli wiersz oznacza sposób prozodyjnej segmentacji tekstu, to wierszem może być dosłownie każdy tekst […] jeśli zostanie poddany zabiegowi podziału na wersy. Żeby nie było żadnych wątpliwości: dokładnie tak myśli autor tych słów”. W dalszej części akapitu profesor zaleca, żeby nie łączyć pojęcia poetyckości tekstu z pojęciem wiersza. Tyle Kulawik o wierszu. Warto jednak zaznaczyć, że poetycka może być także proza, nawet język potoczny. Istnieje jednak pojęcie organizacji naddanej, która bez wątpienia odróżnia wiersze od listy zakupów czy przepisu na bigos. Organizacją naddaną profesor Kulawik nazywa „kondensację chwytów językowo-stylistycznych”, tzn. takim a nie innym, w konkretnym celu użytym wykorzystaniem środków stylistycznych.

W dwudziestym wieku poezja zaczęła stawać się coraz bardziej bezładna i rozlazła, pod względem semantycznym zaś jeszcze mniej zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy, niezwykle hermetyczna. Zapewne niemałe znaczenie ma fakt, że coraz więcej coraz bardziej niepowołanych ludzi zaczęło dobierać się do pióra muz. Swój brak oczytania i erudycji literackiej wiążą z faktem „niechcenia podświadomego kopiowania czyichś stylów i koncepcji” (obce im zatem także pojęcie intertekstualności), natomiast nie zawsze udane próby poetyckie zrzucają na kanwę weny i „pisania z serca”. Właśnie w tych twórcach odnajdowałbym przyczyny niechętnego sięgania po poezję przez przeciętnych ludzi w dzisiejszych czasach. Poeci piszą nie czytając, twórcząc zaś oczekują pochwał, chwały i – oczywiście – forsy.

Tak, właśnie to określam mianem twórczenia. Beznamiętne metapisanie bez świadomie używanych figur stylistycznych, prozodii czy rymu, często w poczuciu nieskromnej wyższości i mocy obowiązku spoczywającego na wątłych barkach twórcy.

Interesujące nas słowo „poezja” pochodzi z ust Arystotelesa. Poiein oznaczało tworzyć, pierwotnie było silnie zsakralizowanym słowem (tylko bowiem bogowie mogli tworzyć), następnie przeniknęło w strukturę literatury i na dobre zagościło jako istotny element warsztatu poety. Można by więc rzec, że wypaplane przeze mnie przy znaczącym udziale ginu słowo twórczenie powróciło do swojego pierwotnego znaczenia w zmienionej formie; odeszło od Arystotelesa z harfą w dłoni, zatoczyło koło i wróciło bez instrumentu, za to z butelką jałowcówki i oślimi uszami. Twórczenie stało się charakterystycznym elementem obecnego literackiego landszaftu i długo zapewne będzie trzeba się z tym zmagać.

Gwoli posłowia chciałbym zaznaczyć, że tekst ten, podobnie jak moje pseudoteoryjki, nie miały na celu kogokolwiek skrzywdzić lub urazić. Postawiłem sobie widocznie nazbyt ambitny cel uleczenia poezji i ów krótki esej jest raczej poradą lekarską aniżeli bezczelną satyrą. W oparciu zaś o słynne porzekadło: „Lekarzu, lecz się sam”, postanowiłem także zrezygnować z uprawiania poezji. Sam ongiś twórczyłem, nie mogę temu zaprzeczyć, więc – by nie być posądzonym o hipokryzję – poddałem się i zawiesiłem lutnię na kołku. Ten tekst niech będzie jednak żywy, niech egzystuje; z pewnością zaktualizuję niebawem swoje myśli na temat współcześnie uprawianej poezji po przeczytaniu znacznie większej ilości publikacji. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie tego mini-eseju!

24.10.19 r.

PR relacji Chałupki-Kraków Główny

Artur ŻOŁĄDŹ